Antoni Rehman, polski geograf, geomorfolog, geobotanik i podróżnik, który w latach 1879-1880 odbył podróż do Afryki Południowej, badał tam m.in. ziemie Zulusów i Buszmenów. Swoje wrażenia z podróży i badań opisał w książce Echa z południowej Afryki, której dwa pierwsze rozdziały umieszczę poniżej, żeby można było się zapoznać z jego twórczością.
ROZDZIAŁ
1
Londyn w
Kwietniu 1879 r.
Londyn w niedzielę i w
dzień powszedni. — Więcej serca dla koni niż dla ludzi. —
życie na przedmieściach. — Nędza i żebracy. — Religijność
Anglików. — Służba boża po ulicach. — Małe skutki uczciwych
zabiegów. — Londyn dawniejszy.
Jeżeli zdarzy się przypadkiem, że
okręt płynący z Hamburga spotka gdzieś po drodze jakiegoś
nieszczęśliwego swego towarzysza z pękniętą śrubą albo popsutą
maszyną, i przyszedłszy mu w pomoc, straci wskutek tego dwanaście
godzin czasu, to zamiast przybyć do Londynu w sobotę wieczorem, jak
było zapowiedzianym, stanie tam dopiero w niedzielę w południe, a
zatem w święto, czego marynarze angielscy bardzo starannie unikają.
Jeżeli podróżny, wysadzony na brzeg przy moście London Bridge,
zapuści się w pierwszą lepszą uliczkę, to, uszedłszy
kilkadziesiąt kroków, znajdzie się w głównej dzielnicy Londynu,
powiedzmy na Strand, Cheapside, albo gdzieś około Banku i dozna
niemałego zdziwienia na widok ciszy i spokoju, jakie tutaj panują.
Ulice prawie puste, sklepy pozamykane, ani jednej dorożki
publicznej, ani jednego ekwipażu prywatnego; od czasu do czasu
przesunie się tylko środkiem ulicy ciężki omnibus, a jeżeli
przystanie na chwile, to wysiadają z niego mężczyźni, od stóp do
głów czarno odziani, każdy z hiacyntem albo różą w dziurce od
guzika, rzadziej kobiety, również w skromnych strojach, i
zapłaciwszy co się należy, idą poważnie i spokojnie chodnikiem,
a maleńkie książeczki ze złoconymi brzegami, jakie trzymają w
rękach, każą ci się domyślać, że ci ludzie idą do kościoła.
Nie miałeś nic jeszcze dzisiaj w ustach, i żołądek zaczyna się
upominać o prawa swoje; zapach roastbeefu, wydobywający się z na
wpół uchylonego okna i napis „Dinnigroom“. wskazują ci
miejsce, gdzie mógłbyś się posilić; pukasz do drzwi frontowych,
lecz bezskutecznie, bo zamknięte; wchodzisz przez sień i zapytujesz
człowieka, co ma na pogotowiu, lecz otrzymujesz odpowiedź: „Dzisiaj
niedziela, otwieramy dopiero o czwartej“. Wstępujesz do drugiej i
trzeciej restauracji i lecz wszędzie jednakowego doznajesz
przyjęcia. Poprzestałbyś z chęcią na filiżance kawy albo
herbaty, lecz i kawiarnie pozamykane. Znużony, głodny i zniechęcony
udajesz się do hotelu, a posiliwszy się w swym pokoiku kawałkiem
zimnego mięsa, zamierzasz odpocząć, wołasz służącego i
zapowiadasz mu, żeby cię obudził o szóstej i postarał się o
bilet do teatru. Obudzę pana z chęcią, odpowiada, ale biletem
służyć nie mogę, bo dzisiaj niedziela, teatry pozamykane.
Zirytowany, że pierwszy dzień pobytu twego w Londynie zmarnowanym
został, kładziesz się na łóżko, z zamiarem niepowstania z niego
aż w poniedziałek rano i uważasz się za szczęśliwego, jeżeli
ci się udało wytrwać w przedsięwzięciu.
Taką jest każda niedziela i takimi są
wszystkie święta w Londynie. Prawowity Anglik uważa je za dnie
wyłącznie służbie bożej poświęcone i dlatego idzie rano do
kościoła i modli się, a po południu siedzi w domu i nudzi się;
wszystkie inne czynności i rozrywki uważa za gorszące; nawet
muzyka, z wyjątkiem hymnów, i czytanie książek, z wyjątkiem
Biblii, są w dnie takie bezwarunkowo zakazane. Zaliczający się do
lepszej klasy towarzyskiej nie wychodzą w niedzielę wcale z domu, a
ci, których spotykasz w święto po ulicach i spacerach, należą
prawie wyłącznie do klasy pracującej, albo są cudzoziemcami.
Zupełnie inne wrażenie sprawiają
ulice Londynu w dzień powszedni, bo ta sama Cheapside i ten sam
Strand, opustoszałe wczoraj, roją się dzisiaj od ludzi i zwierząt.
Po obu stronach ulicy suną bezustannie czarne tłumy, jak dwa potoki
lawy wyrzucone z czeluści wulkanu, a pośrodku krzyżują się
niezliczone pojazdy, prywatne i publiczne, maleńkie biedki
dwukołowe, zaprzężone drobnymi kucykami, wielkie wozy towarowe,
ciągnione przez olbrzymie peszerony, i niezgrabne omnibusy,
zapełnione ludźmi od spodu do wierzchu. Wszystkie wozy, jadące w
jednym kierunku, trzymają się tejże samej strony ulicy, co
jednakowoż nie przeszkadza, że gdzie się dwie albo kilka ulic
krzyżuje, tam komunikacja zostaje co kilkanaście minut przerwaną.
Pojazdy nie sprawiają tutaj tyle łoskotu, ile na warszawskim bruku,
bo główne ulice są wyłożone miękkim asfaltem albo klockami
drewnianymi, ale za to konie są narażone na częste upadki. Anglicy
mają w zasadzie więcej serca dla zwierząt, niż dla ludzi. Gdyby
ubogi wyrobnik upadł na ziemię, nikt by mu z pewnością ręki nie
podał; ale jeżeli opasły peszeron, pośliznąwszy się, straci
równowagę i runie z łoskotem, to rzuca się na niego natychmiast
kilku przechodniów; chwytają go za głowę i nogi i trzymają
dopóty, dopóki zaprząg nie zostanie rozwikłanym, co gdy nastąpi,
uwolnione zwierzę zrywa się na równe nogi i idzie dalej,
otwierając drogę dla całej linii powstrzymanych w ruchu pojazdów.
Mieszkańcy Londynu poruszają się dość swobodnie wśród tego
chaosu, ale dla przybysza z prowincji przejście z jednego chodnika
na drugi jest połączone z trudnościami, a niekiedy z
niebezpieczeństwem. Ulice są tutaj przepełnione konstablami,
którzy pilnują porządku: jednym rzutem oka przewidują oni
zazwyczaj grożące przechodniowi niebezpieczeństwo i starają się
mu zapobiec; jakoż można widzieć nieraz draba na sześć stóp i
kilka cali wysokiego z olbrzymimi wąsami i marsowatą miną,
prowadzącego za rękę płaczącą dziecinę albo niedołężną
staruszkę.
Pomimo tego chaosu i wrzawy, wszystko,
co się tutaj otacza, nie pozwoli ci zapomnieć ani na chwilę, że
znajdujesz się w pierwszorzędnej dzielnicy Londynu. Ale zmieni się
nagle powierzchowność miasta, jeżeli zapuścisz się w pierwszą
lepszą z ubocznych uliczek i dostaniesz się do jakiejś
drugorzędnej dzielnicy, powiedzmy np. na White-Chapell. Zamiast
bogatych sklepów, których wystawy jaśnieją całym przepychem
szlachetnych metali i drogich kamieni, napotkasz tutaj co kilka
kroków jatkę rzeźnika, obwieszoną dokoła odartymi ze skóry
głowami cieląt i baranów i ćwiartkami nierogacizny; zamiast
magazynów strojów kobiecych składy jarzyn, zapchane główkami
kapusty i stosami ogórków a miejsce banków zastępują tutaj
drobne kawiarnie i garkuchnie, zanieczyszczające okropnie wyziewami
powietrze. Gdzie ulica jest nieco szerszą, tam stoją wzdłuż
chodników szeregi straganów zapchanych starym żelaziwem,
książkami, szkłem, obuwiem, zużytą odzieżą męską i żeńską,
a wspomnienie Pociejowa zarysuje się tym silniej w twojej pamięci,
że za straganem takim siedzi nieraz brodaty Izraelita, przybyły
przed kilku miesiącami znad brzegów Wisły lub Wilii. Ale nie
braknie i przemysłowców pośledniejszego gatunku, bo na rogu każdej
ulicy czatuje na ciebie kilku przedsiębiorców czyszczenia obuwia;
chcesz czy nie chcesz, najsilniejszy z nich chwyta cię za nogę,
stawia ją na stołeczku, naciera obuwie czernidłem, wyciera
szczotkami, przegląda się w nim, ażeby cię przekonać o
dokładności swej roboty, chowa z zadowoleniem pensa w kieszeń i
czeka na inną ofiarę, lub sprzedają zapałki, inni parasole,
fajki, scyzoryki, wykłuwaczki do zębów, każdy zachwala wymownie
swój towar i biada ci, jeśli zaczepiony zapuścisz się w rozmowę,
bo zostaniesz natychmiast otoczonym tłumem współzawodników, od
których nie uwolnisz się nie inaczej, jeno kosztem swej kieszeni.
Trudno mieć wyobrażenie o nędzy,
jaka panuje na przedmieściach i odleglejszych zakątkach Londynu.
Żebrać nie wolno i nikt nie wyciąga ręki otwarcie, a pomimo to
tysiąc żebraków napotykasz po drodze. Tutaj stoi czarno odziana
staruszka, której powierzchowność przekonuje, że nie zawsze była
tym, czym jest dzisiaj, i trzyma w drżącej ręce kilka paczek
zapałek, które ofiaruje na sprzedaż; dalej pies prowadzi ślepego,
przygrywającego na lirze; tu stoi przy bramie licho ubrany mężczyzna
i pokazuje jakieś nędzne malowidło, pod którym napis „majtek
niezdolny do służby ofiaruje na sprzedaż dzieło rąk swoich“;
tam w ubocznej uliczce kobieta trzyma w ręku nuty i śpiewa hymny,
gdzie indziej mężczyzna z miotłą w ręku przechodzi ciągle z
jednej strony ulicy na drugą i odmiata błoto ze ścieżki; wszystko
to są nędzarze, którzy nie żebrzą a przecież żyją z jałmużny!
Im dalej zapuszczasz się w uboczne ulice i zaułki, tym nędza jest
ogólniejszą, a nieodstępnie jej towarzyszy upadek moralny, bo
szynkownie są tutaj od rana do wieczora przepełnione pijakami a
podziemia i poddasza zamieszkałe przez ludzi, którzy nie umieją
odróżnić występku od uczciwej pracy.
Filantropowie angielscy zastanawiali
się nad powodem moralnego upadku najniższych klas społeczeństwa
angielskiego i znaleźli go w braku religii, a misjonarze angielscy,
zajęci szerzeniem wiary w Chinach i Japonii, dowiedzieli się z
przerażeniem, że w samym Londynie żyje sto tysięcy pogan,
nieumiejących pacierza. Różne stowarzyszenia religijne, w które
kraj od dawna obfitował, zabrały się gorliwie do nawracania swych
współbraci, a Anglia została wkrótce zasypana tanimi bibliami i
książkami treści religijnej. Czasopisma tej treści prześladują
cię tutaj na każdym kroku; zaledwie przybyłeś do Londynu i
wsiadasz do dorożki, zastajesz w niej „Zwiastuna łaski“; w
hotelu czeka na cię w twoim pokoju „Prawy chrześcijanin“, na
stacji kolei żelaznej „Nadzieja w krzyżu", w wagonie „Miecz
chrześcijanina“ itd. Nie można powiedzieć, żeby praca ta była
bezużyteczną, ale pomimo to cel pożądany osiągniętym nie
został, bo okazało się, że ci, dla których drukowano, czytać
nie umieją. Ponieważ nie było sposobu ściągnięcia tych ludzi do
kościoła, przeto zaczęto urządzać nabożeństwa na ulicy.
Spotkasz się z nimi codziennie po zachodzie słońca, a szczególniej
w sobotę. Pośrodku nielicznej gromadki stoi mężczyzna (czasami i
kobieta), licho odziany, z kapeluszem na głowie i rękami w
kieszeni, i stara się wymownymi słowy przekonać słuchaczy, że są
szubrawcami i hultajami najgorszego rodzaju i że piekło ich czeka
po śmierci, jeśli się za życia nie poprawią; potem śpiewa z
nimi kilka hymnów i kończy nabożeństwo wspólną modlitwą.
Słuchacze przyjmują zazwyczaj uwagi z ironicznym uśmiechem na
twarzy i zaledwie raczą wyjąć fajki z ust, gdy przyjdzie do
śpiewania hymnów. Liczba uczestniczących w tych nabożeństwach
bywa stosunkowo bardzo małą, bo rzadko spotkałem więcej nad
dwadzieścia osób, chociaż chodniki były napełnione tłumami.
Skutek także niewielki, bo sąsiednie szynkownie są w czasie
nabożeństwa przepełnione pijakami, a z dźwiękiem hymnów łączy
się nierzadko odgłos rzęsistych boksów i przekleństw zapaśników.
Cała ta praca przyczyniła się
niemało do zbigocenia średniej klasy angielskiego społeczeństwa.
Podczas gdy wiara w duchy na kontynencie Europy z każdym dniem coraz
to bardziej upada, a stoliki wirujące bywają obecnie uważane za
niewinną rozrywkę w rękach ludzi umysłowy osłabionych, to w
Anglii, stojącej na świeczniku cywilizacji europejskiej , istnieje
kilka stowarzyszeń spirytystów, dla których podstawą praktycznej
etyki jest związek z duchami a narzędziem pośredniczącym pomiędzy
Anglią i światem pozagrobowym — nogi stołowe. Czasopisma
wydawane przez spirytystów używają tutaj przywilejów pocztowych.
Ale rozbudzenie ducha religijnego w najniższych warstwach
społeczeństwa nie przyczyniło się bynajmniej do ich umoralnienia,
bo ten sam wyrobnik, który modli się rano w niedzielę w kościele,
a popołudnie poświęca na czytanie Biblii, upija się wieczorem a
znieważa swą żonę i dzieci w tygodniu, ile razy do tego nadarzy
się sposobność. Zrozumiano na koniec, że tylko poprawienie
dobrobytu tych ludzi zdoła poprawić ich obyczaje, ale o tę
przeszkodę rozbijają się obecnie najlepsze chęci filantropów, bo
zarobek nie da się zastąpić jałmużną. Nie brak jednakże
szlachetnych usiłowań i w tym kierunku. W ciągu ostatnich kilku
lat otwarto w najuboższych dzielnicach Londynu sto kilkadziesiąt
kawiarni ludowych, utrzymywanych przez stowarzyszenia religijne.
Wszelkie napoje wyskokowe są stąd wykluczone, ale za to ubogi
wyrobnik dostanie w takiej kawiarni olbrzymią filiżankę kawy albo
herbaty za pensa, obiad złożony z polewki, mięsa i puddingu za
sześć pensów, a w dodatku kilkanaście czasopism różnej treści.
Z tym wszystkim Londyn dzisiejszy nie
jest już tym, czym był przed laty pięćdziesięciu. Wszystkie
odleglejsze uliczki i zaułki przedmieść takich, jak White-Chapell,
były wówczas przepełnione drobnymi, walącymi się domkami,
których mieszkańcy byli bez wyjątku wyznawcami praktycznego
komunizmu i zanurzali swe ręce w cudzych kieszeniach z takim samym
zadowoleniem i spokojem, z jakim rybak zapuszcza sieci w toń morza.
Cudzoziemiec, który o późnej godzinie zabłąkał się przypadkiem
w takie ustronia, mógł się uważać za bardzo szczęśliwego,
jeżeli nazajutrz rano znalazł się w swym zwykłym mieszkaniu,
opłaciwszy nieostrożność jedynie utratą sakiewki, zegarka i
odzieży. Morderstwa były tutaj codziennym zjawiskiem. Złoczyńcy
używali zazwyczaj narzędzia, jakim obecnie tylko konstable
londyńscy są uzbrojeni, to jest gałki ołowianej, umocowanej na
końcu elastycznego drążka; jedno uderzenie tym narzędziem
pozbawia ofiarę przytomności umysłu, a niekiedy i życia. Jeden z
rodaków przybyłych tu po roku 1831 opowiadał mi, że gdy z
polecenia władzy rozebrano w tej części miasta stare, opustoszałe
magazyny, znaleziono w ich wnętrzu czternaście kościotrupów;
widział on dzieci miejscowe, zbierające kości nieszczęśliwych
ofiar w worki, z zamiarem spieniężenia ich w najbliższej fabryce.
Złoczyńcy opuścili tę część miasta dopiero wtedy, gdy kryjówki
ich z ziemią zrównano a największy cios został im zadanym, gdy
władzy miejscowej udało się zaciągnąć kilkunastu z ich grona do
służby policyjnej.
Na
pokładzie parostatku Dublin Castle
Życie na okręcie. —
Wyspa Madeira. — Wyprawa na ląd w nocy. — Handel papugami. —
Gospoda podzwrotnikowa. — Jak papugom bezpłatnie podróżować nie
wolno. — Przebycie równika. — Podróżnych z każdym dniem
ubywa. — Jak w przyszłości podróż na południową półkulę
będzie można odbyć we śnie.
Postanowiłem dzielić się wiernie z
tobą, szanowny czytelniku, wszystkimi ważniejszymi wrażeniami z
podróży i zamierzam przedstawić ci w krótkich słowach
przyjemności i przykrości, na jakie byłbyś narażonym w ciągu
kilkutygodniowej przeprawy przez Ocean, gdybyś uległ kiedykolwiek
pokusie zwiedzenia drugiej półkuli ziemi.
Parostatki, załatwiające obecnie
komunikację pomiędzy Wielką Brytanią i Południową Afryką,
należą do największych w swoim rodzaju. Nasz Dublin Castle jest
prawdziwym kolosem na pięćset stóp długim, na trzydzieści
szerokim, przyjmującym trzy tysiące beczek (ton) ciężaru. W
kierunku pionowym jest on podzielony na trzy piętra, z których
dolne jest przeznaczone na wodę, węgle i balast, czyli kamienie
służące do obciążenia okrętu w braku odpowiedniego pakunku,
średnie służy do przechowania towarów, a wierzchnie dla załogi i
podróżnych. W kierunku podłużnym jest on również podzielony na
trzy części. Sam środek jego zajmuje maszyna parowa, część
tylną klasa pierwsza, a przód okrętu klasa druga, trzecia i izba
zajmowana przez majtków. Na pokładzie znajdują się kuchnie i
mieszkania kapitana i oficerów, ponad którymi wznosi się mały
pomost, przeznaczony dla oficera służbowego i sternika.
Apartamenty przeznaczone dla podróżnych
zasługują z pewnością na nazwę wygodnych. Urządzenie pierwszej
i drugiej klasy jest prawie zupełnie jednakowe, a różnica miedzy
nimi ogranicza się tylko do kuchni; każda z nich posiada obszerny
salon, ozdobiony zwierciadłami i fortepianem, służący za
jadalnię, a w przypadku niepogody za miejsce cołodziennego pobytu.
Pokoiki przeznaczone na mieszkania są umieszczone dwoma szeregami
wzdłuż obu boków okrętu: każdy z nich, długi i szeroki na
siedem stóp, obejmuje cztery wąskie, ale wygodne łóżka,
przyśróbowane po dwa (jedno nad drugim) do dwu przeciwległych
ścian; pod trzecią znajduje się maleńka umywalnia. Ponieważ
palenie tytoniu jest w salonach i kajutach zabronionym, przeto
pierwsza klasa posiada nadto na pokładzie maleńki pokoik,
przeznaczony na fajczarnię. Tylny pokład okrętu, służący do
użytku tejże klasy, bywa utrzymywany we wzorowym porządku, ale
przedni jest zastawiony klatkami i chlewikami, zajmowanymi przez dwie
dojne krowy, kilkadziesiąt baranów, kilka sztuk nierogacizny, przez
gęsi, kaczki, kury, indyki i inne nieszczęśliwe ofiary
przeznaczone na zjedzenie, a chociaż bywa codziennie o wschodzie
słońca starannie skrobanym i sowicie wodą zlewanym, to pomimo to
pobył na nim jest z powodu niemiłego zapachu, wydawanego przez
zwierzęta, szczególniej w czasie upałów podrównikowych,
nieznośnym.
Życie na okręcie odbywa się z
zegarkiem w ręku, według pewnych ściśle przepisanych form. O
szóstej rano wchodzi do kajuty służący, budzi cię i, czy chcesz,
czy nie chcesz, pcha ci w ręce olbrzymią filiżankę okropnie
przesłodzonej kawy. O ósmej śniadanie, złożone z kilku mięs,
ciasta i kawy lub herbaty.
O pierwszej obiad, w składzie którego
puding odgrywa najważniejszą rolę. O piątej herbata z zimnymi
zakąskami, a o dziewiątej wieczorem ser z sucharkami, do którego
możesz kupić sobie szklankę piwa albo koniaku, jeśli masz ochotę
i pieniądze. O dziesiątej gaszą wszystkie światła na okręcie, a
podróżni udają się na spoczynek. Tylko godziny posiłku łączą
ich przy wspólnym stole: z resztą robi każdy cały dzień, co mu
się podoba. Czytanie i gra w karty wypełniają najwięcej czasu.
Każdy pogodny wieczór gromadzi podróżnych na pokładzie, gdzie
śpiewy i wesoła pogadanka trwają zazwyczaj do późnej nocy. W
razie niepogody pozostają wszyscy w salonie, gdzie śpiewy i
deklamacje przybierają nieco ściślej określoną formę. Na
pokładzie parowca Dublin Castle odbywały się co tydzień
koncerty urządzane na przemian przez pierwszą i drugą klasę.
Tylko niedziela przedstawia nieco odmienny widok, bo przed południem
gromadzą się podróżni i cała załoga w salonie pierwszej klasy,
celem wzięcia udziału w nabożeństwie, a popołudniu hymny i
modlitwy zastępują miejsce światowych rozrywek.
W tym stanie rzeczy jeden dzień jest
tutaj podobnym do drugiego, a dla ludzi nieprzywykłych do pracy
umysłowej, takich zaś jest pomiędzy Anglikami bardzo mało, pobyt
na morzu bywa zazwyczaj nudnym i nużącym. Ale i praca umysłowa
wymaga spokoju, a o tym nie mogło być mowy, bo nasz okręt był
niezwykle przepełniony. Na pokładzie jego znajdowało się tym
razem, oprócz załogi, blisko sto dusz liczącej, przeszło dwustu
pięćdziesięciu podróżnych, a pomiędzy tymi, ni mniej, ni
więcej, tylko trzy tuziny dzieci i kilka niemowląt; drobiazg ten
uwijał się od rana do późnej nocy z niezmordowanym zapałem po
salonach, kajutach, korytarzach i galeriach, napełniał wrzaskliwymi
głosy powietrze i czynił wszelkie poważniejsze zajęcia
niemożliwymi.
Pierwsze chwile spędzone na okręcie
upływały tym nieprzyjemniej, że morze było ciągle burzliwe a
nieustanne kołysanie się okrętu wywoływało u wielu podróżnych
gwałtowne objawy morskiej choroby. Dlatego też chorzy i zdrowi
wyglądali z upragnieniem przyobiecanego wypoczynku u brzegów wyspy
Madeiry, co miało nastąpić ósmego dnia po wyjeździe z Londynu.
Ale wiatry przeciwne opóźniły naszą jazdę do tego stopnia, że w
dniu oznaczonym pierwszy ślad tej wyspy dostrzegliśmy dopiero o
zmroku, a zarzuciliśmy kotwicę przy brzegu o północy. Miasto
Funchal było w głębokim śnie pogrążone. Dopiero na wystrzał z
armaty ukazało się kilka światełek na brzegu, a w ślad za nimi i
kilka łodzi, które wkrótce znalazły się u boku okrętu. Uległszy
namowom kilku znajomych, wsiadłem i ja do łodzi i ruszyliśmy ku
miastu. Grono nasze składało się z siedmiu mężczyzn i jednej
kobiety, młodej Angielki mojżeszowego wyznania, zamieszkałej od
lat kilku w Afryce południowej.
— Po co też pani jedziesz o tej
godzinie na ląd? — zagadnął ją jeden z towarzyszów podróży.
— Po papugi — brzmiała odpowiedź.
— Chyba po sowy — przerwał
uprzejmy towarzysz.
— Nie panie, po papugi. Mój mąż
lubi nadzwyczaj te ptaki, chciałabym mu zrobić miłą
niespodziankę.
Zaledwie wysiedliśmy na brzeg,
zastępuje nam drogę trzech drabów uzbrojonych w kije i ofiaruje
się za przewodników.
— Ja znam doskonale miasto, ja was
poprowadzę — mówi jeden.
— Ja znam lepiej od niego, chodźcie
za mną — woła drugi.
— Nie słuchajcie ich, bo oni kłamią
— woła trzeci. — Oni znają miasto w dzień, a ja znam je w
nocy, ja was poprowadzę, ja wiem czego wy potrzebujecie.
Natarczywość, z jaką ci ludzie
ofiarowali nam swoje usługi, obudziła w nas mimo woli nieufność.
Gdy stoimy chwilę i naradzamy się, co robić, daje się słyszeć
głos naszej towarzyszki:
— Moi mili ludzie, ja potrzebuję
kilka papug czy nie moglibyście mi ich dostarczyć?
— Ja mam w domu trzy parki — mówi
jeden przewodnik — zaraz je pani przyniosę.
— To mało — odpowiada nasza
towarzyszka.
— Ja mam ich piąć — woła drogi —
będą tutaj za chwilą.
— I to mało, przynieście jak
najwięcej. Kupią wszystkie i dobrze zapłacą, bo to w prezencie
dla mego męża.
Gdy dwóch przewodników oddaliło się
po papugi , trzeci prowadzi nas przez ciemne zaułki. Za chwilą
zatrzymujemy się przed małą furtką, potem mijamy dziedziniec,
idziemy sznurem po wąskich schodach i znajdujemy się w obszernej,
nieźle oświetlonej sali, której powierzchowność przekonuje nas,
że to szynkownia albo restauracja. Zjawia się wkrótce otyły,
zaspany gospodarz i podaje nam na żądanie kieliszki i butelki z
winem.
— Po ile to wino? — pyta jeden z
naszych, spróbowawszy kilka kropel szlachetnego napoju.
— Po pięć szylingów butelka —
odpowiada gospodarz.
— Ależ, szubrawcze, przed dwoma
tygodniami sprzedawałeś to samo wino po siedem pensów! — wola z
oburzeniem Anglik.
— Ha! po siedem pensów butelka! Tak!
piłeś je wówczas w dzień, a teraz noc. Gdyby tu nawet Św. Antoni
Padewski stanął przede mną, to mu po północy tego wina inaczej,
niż po pięć szylingów nie odstąpię — odpowiada z ironią
gospodarz.
Anglicy nie wierzą w świętych, ale
szanują uczucia religijne każdego narodu, i dlatego szemrząc
pootwierali butelki i zabrali się do picia. Jeden z nich przypomniał
sobie o ananasach i bananach.
— A nie masz owoców? — pyta
gospodarza.
— Mam — odpowiada uprzejmie, —
ale w ogrodzie, na drzewie, jeśli potrzebujesz, to idź i narwij
sobie.
W rogu sali siedziało kilka młodych
dziewcząt, podobno córki gospodarza, i brzdąkały na gitarze.
Podochoceni Anglicy podsunęli się w tamtą stronę i zaproponowali
pannom kadryla. Wniosek został mile przyjęty i gdy moi towarzysze
przy odgłosie gitary wesoło hasają, wracają przewodnicy wysłani
po papugi i przynoszą jedną klatkę za drugą. Ptaków było ze
czterdzieści; nasza towarzyszka kupiła je wszystkie, płacąc za
młodego po pięć, za starsze po osiem szylingów. Gdy tak łączymy
przyjemne z pożytecznym, wchodzi służący i powiada, że słychać
świst lokomotywy na naszym okręcie i że ten wkrótce ruszy w
drogę. Powstaje nagle zamieszanie; moi towarzysze przerywają, ku
wielkiemu zgorszeniu tancerek, kadryla, płacą złotem za wino i nie
czekając na drobne, opuszczają lokal. „Ratujcie moje papugi“,
woła nasza towarzyszka i wpycha każdemu z nas jedną klatkę w
rękę. Wychodzimy na ulicę; utykając po kamieniach biegniemy ku
morzu, dopadamy łodzi i stajemy na okręcie właśnie w chwili, gdy
lokomotywa trzeci świst wydaje, po czym bezzwłocznie ruszamy w
drogę.
Nazajutrz rano wrzaski naszej
dzieciarni zostały wzmocnione krzykiem czterdziestu papug. Gdym stał
przy klatce i przypatrywał się ruchliwej gromadzie, przysunęła
się do mnie właścicielka i rzekła mi na ucho:
— Wiesz pan, że te ptaki zapłacą
mi koszta mojej podróży.
— A to w jaki sposób? — zapytałem
ciekawie.
— W bardzo prosty: płaciłam za nie
po pięć szylingów, a sprzedam po szterlingu.
W tej chwili przysunął się do klatki
podskarbi okrętowy i zawołał donośnym głosem:
— Panowie i panie! Do kogo należą
te papugi?
— Do mnie — odrzekła tryumfująco
właścicielka.
— Racz pani złożyć piśmienną
deklarację i zapłacić po dziesięć szylingów od sztuki —
wyrzekł.
— Ależ, panie, to jest bezprawie!
Rozbój na równej drodze! Ja wiozę te ptaki w prezencie dla mojego
męża — wołała z oburzeniem właścicielka.
— Moja łaskawa pani — odrzekł
podskarbi — gdybyś pani wiozła dwie albo cztery papugi,
uwierzylibyśmy, że je wieziesz dla przyjemności, ale ponieważ
wieziesz czterdzieści, przeto widoczna jest rzeczą, że pani
handlujesz ptakami; my panią uważamy za kupca, a ptaki za towar, za
przewóz którego trzeba zapłacić.
I tak się stało w rzeczywistości.
W dwa tygodnie po wyjeździe z Londynu
przebyliśmy równik. Na angielskich okrętach, przeznaczonych do
przewożenia podróżnych, zaczyna się powoli wkradać zwyczaj nieco
uroczystszego obchodzenia tej chwili: jakoż kapitan okrętu i
oficerowie, ludzie, odznaczający się bez wyjątku wykształceniem i
zaletami towarzyskimi, przygotowali i dla nas tym razem małą
niespodziankę. Przejazd nastąpił pomiędzy ósmą a dziewiątą
godziną wieczorem. Wszystko, co żyło na okręcie, wyległo o
zmroku na pokład, kapitan i oficerowie wyprowadzili dostojne damy na
pomost, który w zasadzie dla podróżnych był nieprzystępnym, a
mężczyźni usadowili się, gdzie któremu było najwygodniej. Na
znak dany przez oficera, stojącego na straży, rozległ się huk
armaty i kilkadziesiąt rakiet skrzyżowało się w powietrzu, a
równocześnie galerie obu masztów zajaśniały blaskiem
różnobarwnych ogni bengalskich, pośród których ukazał się herb
Wielkiej Brytanii. Potem nastąpiła ogólna zabawa tańcująca,
która przeciągnęła się aż do wschodu słońca. Mieszkańcy
pierwszej klasy tańczyli na dole w salonie, przy odgłosie
fortepianu, przerywanym chwilowo hukiem, jaki sprawiało otwieranie
butelek napełnionych szampanem, który okazał się
najskuteczniejszym środkiem ku złagodzeniu upału podrównikowego.
Klasa druga tańczyła na pokładzie przy odgłosie orkiestry,
złożonej z amatorów, zastępując szampana zwyczajnym winem i
koniakiem, a trzecia przy odgłosie kobzy szkockiej.
Ale nie zapomnieli o nas i majtkowie.
Około dziesiątej ukazał się na pokładzie poważny Neptun w
czapce z papieru, ozdobionej dzwonkiem, odziany skórami baranimi,
poobwieszany nożami, widelcami, blaszanymi talerzami i kubkami,
pośród świty nie mniej wykwintnie i gustownie przystrojonej. Cała
ta czereda zeszła do salonu pierwszej klasy, gdzie Neptun zawołał
donośnym głosem:
— Kto z państwa przebywa po raz
pierwszy równik i chce go z bliska obejrzeć?
— Znamy go wszyscy, idźcie sobie z
Bogiem — odpowiedziano.
— Nie odejdziemy, dopóki się nie
ochłodzimy — rzecze Neptun.
Jakoż uraczeni koniakiem, wstąpili do
drugiej klasy, gdzie podobnego doznali przyjęcia. Ale w trzeciej
klasie znalazł się jakiś junak, który chciał widzieć równik.
— Posadzić go na tronie i ogolić mu
brodę! — woła Neptun, a na odgłos ten kilku drabów chwyta
niedoświadczonego w silne ramiona, sadowią go na beczce, jeden z
nich macza miotłę w wodzie i zwilża nią jego oblicze, a drugi
skrobie go po twarzy warząchwią.
— Upudrować go! — woła Neptun.
Tutaj inny drab zanurza pędzel,
służący do bielenia wapnem, w pudełku napełnionym sadzami i
przenosi takowe na twarz nieszczęśliwej ofiary.
— A teraz — mówi Neptun — wykręć
się trzy razy na pięcie, idź spać, a jutro rano spojrzyj w
zwierciadło, to ukaże ci się równik.
I pały znikły, co prawda, gdyśmy
opuścili okolice podrównikowe, ale nasza dzieciarnia stawała się
z każdym dniem ruchliwszą, a papugi krzykliwszymi, gdy przeciwnie,
pomiędzy podróżnymi skutki znużenia i zniechęcenia z każdym
dniem wyraźniej występowały. Dla wiadomości tych, którzy wygody
codziennego życia w pierwszym stawiają rzędzie, dodam nadto, że i
kuchnia znacznie się popsuła pod koniec podróży. Wyspa Madeira
zasiliła nas, co prawda, świeżymi jarzynami, które w życiu
każdego dobrze urodzonego Anglika tak ważną grają rolę, ale
rzeźnik z kuchtami sprawiali za to codziennie okropne opustoszenie
po klatkach i kurnikach; miła harmonia, na którą się składały
głosy kur, kaczek, gęsi, indyków, kapłonów, baranów i
nierogacizny, zamilkła, gdyśmy byli jeszcze o tysiąc mil od celu
podróży oddaleni, a przysmażana słoninka i mięso peklowane
zastąpiły powoli miejsce majonezów i pasztetów. Zdaje się, że
kompania nie była przygotowaną na tak wielką liczbę podróżnych,
wskutek czego spiżarnia tym razem wyjątkowo niedostatecznie
zaopatrzoną została.
Ale niedalekim jest czas, gdy wszystkie
przykrości kilkutygodniowej przeprawy przez ocean istnieć
przestaną, bo oto donoszą nam z Australii o nowym odkryciu,
wielkiej doniosłości. Rosną w południowej Ameryce drzewa wydające
gwałtowną truciznę, zwaną „Kurare“, która wstrzyknięta
zwierzęciu pod skórę, powoduje śmierć natychmiastową, połączoną
z odrętwieniem całego organizmu. Otóż mieszkańcy Australii
zrobili odkrycie, że śmierć taka jest tylko pozorną jeżeli
zwierzątko zatrute zostanie przechowanym w miejscu chłodnym, celem
zapobieżenia rozkładowi, to nawet po kilku lub kilkunastu dniach za
wstrzyknięciem pewnego antidotum, do życia przywróconym być może.
Wysokie znaczenie tego odkrycia dla komunikacji jest widocznym jak na
dłoni: nie trzeba będzie już przewozić żywych baranów i
nierogacizny przez morze i karmić ich po drodze, bo tę samą podróż
będą one mogły odbyć — zatrute i zamrożone — w beczkach lub
pakach, pospołu z innymi towarami, a Australijczycy twierdzą, że
nawet i podróżni zapadający na morską chorobę, znajdą w ten
sposób tani i wygodny środek dostania się na drugą półkulę
ziemi. Ale odkrycie to i dla stosunków towarzyskich nie jest bez
znaczenia. Niejedna osoba wiekowa, czy to pici męskiej, czy
żeńskiej, którą upały kanikularne mogłyby przyprawić o utratę
sił, będzie mogła w stanie zamrożonym spędzić miesiąc Lipiec w
chłodzie i spokoju. Tak samo rolnik może przespać rok nieurodzaju,
robotnik czas niedostatku, fabrykant bezrobocie, a niejeden
młodzieniec, który „dla miłego grosza“ losy swe związał z
losami majętnej, ale nieco starszej od siebie osoby, trapiony przez
nią zbytecznie, będzie mógł uwolnić się od przykrości przez
czasowe zamrożenie siebie lub swojej połowicy, co będzie zależało
od okoliczności. Jeżeli chodzi o mój pogląd osobisty, to wyznaję
otwarcie, że nie podzielam sangwinicznych nadziei naszych antypodów
co do tego odkrycia , ale ponieważ nie czynię tego ze względów
osobistych , gdyż transportem baranów i nierogacizny trudnić się
nie myślę, a na morską chorobę nigdy nie zapadałem, żony
wreszcie, która by mnie trapiła, nie mam i mieć nie będę, przeto
wstrzymuję się od dalszych uwag nad tym przedmiotem, pozostawiając
sąd o całym odkryciu osobom kompetentniejszym od siebie.

Komentarze
Prześlij komentarz