Przejdź do głównej zawartości

PODRÓŻ PO PATAGONII - Henry de La Vaulx

Henry de La Vaulx, francuski pilot balonowy, podróżnik i eksplorator, który od marca 1896 roku do maja 1897 roku przebywał wśród Indian patagońskich. Wrażenia z podróży i poczynione obserwacje opisał w książce Podróż po Patagonii. 
Książka ta została wydana w Polsce w roku 1902 i z tego co mi wiadomo było to jedyne wydanie w języku polskim. 
Nie udało mi się również znaleźć polskiej okładki, wrzucę więc zdjęcie z oryginalnego wydania francuskiego.


Zamieszczę też tutaj pierwszy rozdział z tej jakże ciekawej książki, z czasów gdy Ameryka Południowa była jeszcze naprawdę dzikim i nie do końca zbadanym kontynentem.



ROZDZIAŁ 1

Carmen. — Viedma. — Przeprawa przez Rio Negro. — Skład wyprawy — Mariano Linarez. — Ciekawe wykopaliska.

Ku końcowi grudnia r. 1895 przy 12° poniżej zera opuściłem Francję i w połowie stycznia r. 1896 przybyłem do Buenos- Aires, trafiwszy na upalną w całej pełni kanikułę.
Otrzymawszy od rządu argentyńskiego wszystkie żądane ułatwienia, wsiadłem 11 marca na pokład małego parowca „La Vacca“, dążącego do Carmen w Patagonii.

W trzy dni później zarzuciliśmy kotwicę u brzegów Rio Negro, na lewo od malowniczej miejscowości Carmen.

Dziwny to zakątek przyrody! Na zboczach urwistego wzgórza wznoszą się natłoczone domy, tworząc jak gdyby jedną białą masę, poprzerzynaną piaszczystymi smugami, na których wyrasta długa, żółta trawa. Ale co najbardziej dziwi podróżnika, to widok kóz i koni, pasących się spokojnie na dachach domów, przed których drzwiami siedzą niewiasty, zajęte robotami ręcznymi.

Wyznaję, że te napowietrzne pastwiska zdziwiły mnie bardzo.

Dowiedziałem się później, że to pampero sprowadza na dachy domów pokłady piasku, na których z czasem wyrasta trawa, tworząc w ten sposób pastwiska domowe. Pampero jest to straszny wiatr, wiejący od górzystych brzegów morskich i zmiatający z siłą i gwałtownością lodowca wszystko, co spotka na drodze.

W Carmenie znają pampero i boją się go, drżąc przy jego podmuchu o całość starej wieży, jedynej ozdoby tej miejscowości i pamiątki pierwszego zajęcia tych krajów przez Hiszpanów. Dbają tu wszyscy o tę wieżę, ponieważ mają tylko jedną. Wyznaję, że nie ma ona w sobie nic artystycznego, poza tym, że jest wieżą, ale w kraju, gdzie wszystkie domy są jednostajne, szara masa, wznosząca się nad nimi, nadaje okolicy pewną cechę szczególną.

Wieża w Carmenie patagońskiej jest dla krajowców tym, czym wieża porcelanowa dla mieszkańców państwa Niebieskiego.

— Ci Margaratowie — rzekł do mnie mój przewodnik — są przywiązani do swej wieży, jak do własnych oczu.

Ten wyraz „Margarathes” niezwykłym brzmieniem pobudził moją ciekawość. Prosiłem o wytłumaczenie, co to znaczy.

— Mieszkańców Carmeny nazywają tu Margarathes dlatego, że niegdyś pożywienie ich stanowiły maras, gatunek zajęcy, wówczas bardzo pospolitych w tych stronach.

Objaśnienie to mi wystarczyło. Widziałem tylko co konie, pasące się na dachach, nie było więc żadnej przyczyny, dla której i zające nie mogłyby tu przebywać. U nas zające żyją na równinach, w Carmenie mogły sobie upodobać wzgórza.

Kwestia szerokości geograficznej — nic więcej.

Na lewo od Rio Negro pośrodku pampy rozpościera się miasteczko współczesne, noszące na pamiątkę pierwszego gubernatora kraju nazwę Viedma. Tam właśnie zatrzymałem się.

Dzięki uprzejmości ministra finansów w Buenos-Aires otrzymałem mieszkanie i życie u poborcy podatków, bardzo przyjemnego człowieka, który miał na tyle delikatności, że nie zanudzał mnie opowiadaniem epizodów ze swego urzędowania, jak to czyni większość urzędników Francuzów. Zalecił mi zwiedzenie kraju i dawał długie, wyczerpujące objaśnienia, z których jednakże nie dowiedziałem się nic nowego.

Miasto Viedma, według zwyczajów argentyńskich, jest podzielone na części, z których każda, nosząca nazwę cuadra, mierzy 113 metrów, (dlaczego 113, nie mogłem się dowiedzieć); ulice prawie zawsze są równoległe.

Te szczegóły nie zaspokoiły dostatecznie mojej ciekawości badacza, urządziłem przeto badania na własną rękę i odkryłem, niestety, że Viedma posiada klub, w którym są uprawiane gry hazardowne. Carmen może się poszczycić takim samym nabytkiem.

I było po co wyjeżdżać z Paryża, ażeby stwierdzić, że o kilka tysięcy mil są te same nałogi i wady, co w stolicy Francji.

Są też tu i dzienniki, które naturalnie prowadzą otwartą wojnę z prasą sąsiedniego miasta. Polemizują ze sobą, lżą się i szkalują nawzajem... redaktorzy wyzywają się na pojedynki.

Po rozejrzeniu się w piękności przyrodniczej tego cudnego kraju, musiałem pomyśleć o spełnieniu zadań, dla których tu przybyłem.

Przede wszystkim należało się postarać o muły. Nie mogąc znaleźć w Viedma takich, jakich mi było potrzeba, musiałem je kazać sprowadzić z drugiego brzegu Rio Negro, z głębi pampy. W oczekiwaniu, ażeby się nieco rozerwać, używałem chwil wolnych na zwiedzanie cmentarzysk indyjskich. Trzeba korzystać z rozrywek, jakie są — przecież i paryżanie chodzą w niedzielę z rodzinami na cmentarz Pere-Lachaise na spacer.

24 marca zawiadomiono mnie, że moje muły i konie przybyły z Carmeny na północ Rio Negro. Należało je teraz przeprawić przez rzekę, bardzo szeroką i głęboką, w której zarzucają kotwicę statki, zanurzające się głębiej niż na 4 metry.

Wiedziałem, że przeprawa nie obejdzie się bez wypadków. Zwierzęta, wychowane w suchej pampie, nie widziały nigdy wody. Rzeka je przeraziła. Gdyśmy je chcieli zmusić do przejścia, stawały dęba, rzucały się i uciekały jak szalone.

Dobrze się zaczyna!

Na próżno, wsiadłszy w czółno, towarzysze moi i ja wlekliśmy ze sobą na linie klacz-przewodniczkę „yegua madrina“ w nadziei że całe stado za nią podąży.

„Przewodniczka" wstrząsała uzdą, narażając łódź naszą na przewrócenie i usiłowała wydostać się na brzeg, gdzie znajdowało się jej „towarzystwo".

Nareszcie dzięki energii wioślarzy, przepłynęliśmy rzekę i dostaliśmy się na przeciwległe wybrzeże.
Ale nasze kłopoty tu się właśnie zaczęły. Całe stado koni i mułów znajdowało się na tamtym brzegu rzeki i ani jedno z tych zwierząt nie decydowało się podążać za swoją „madriną“. Musieliśmy zaczynać znowu operację przewiezienia pojedynczych sztuk, wskutek czego przeprawa skończyła się ostatecznie o 7-ej wieczorem.

Miałem do swego rozporządzenia 18 koni i 12 mułów; pozostawało jeszcze kilka czynności przygotowawczych i można się było udać w głąb kraju. Zaopatrzyłem się jeszcze w brykę dwukołową, przeznaczoną na przechowanie żywności i zbiorów aż do przybycia do General-Rocca; do tego punktu mieliśmy podążyć z biegiem Rio Negro,

Trzech ludzi stanowiło moją świtę: przewodnik, a raczej pewien gatunek włóczęgi, mającego pretensję do znajomości kraju; nazwisko jego Nikanor Bosch. Z małymi latającymi oczkami, z gestami niewyraźnymi opowiadał dużo, lecz bez wartości. Musiałem jednak brać, co się zdarzyło, obiecując sobie pozbyć go się przy pierwszej sposobności. Drugim towarzyszem był mój młody krewniak, Jakub Cathelineau, wychowany w Argentynie, świadomy zwyczajów miejscowych. Najcenniejszym zaś moim towarzyszem był gaucho służący mego wuja p. de Cathelineau w Buenos-Aires, nazwiskiem Juan Gonzales.

Był to prawdziwy typ tych wędrowców po preriach, których tak wybornie odmalował Gustaw Aymard. Poskromiciel koni, wprawny jak Indianin w rzucaniu lasso, giętki jak liany i mocny jak dąb, Gonzales był rzeczywiście nieocenionym towarzyszem. Jeżeli dodamy do tych zalet odwagę w każdej przygodzie, wytrzymałość spartanina i psią zaiste wierność, będziemy mieli portret mojego gaucza. Od razu wzbudził we mnie zaufanie i przekonałem się później, że moje pierwsze wrażenie było trafne. Gonzales zasłużył na zaufanie bez granic i niejednokrotnie naraził swe życie, by mnie uchronić w niebezpiecznej przygodzie.

Miałem też ze sobą dwa psy: Lindo i Brazillera, z gatunku chartów; psy te były dostawcami zwierzyny przez cały przeciąg wyprawy; miały one już sporo doświadczenia, nabytego w Grand Chaco na północy rzeczypospolitej argentyńskiej, oddawały mi rzeczywiste usługi i osładzały wygnanie w oddaleniu od kraju.

Często, gdy, poddając się zniechęceniu, płakałem prawie, pogrążony w nostalgicznych marzeniach, Lindo i Brazillera opierały poczciwe głowy o moje kolana i obdarzały mnie pieszczotami; czułem się wtedy pocieszony dobrymi spojrzeniami tych zwierząt.

30 marca opuściliśmy Viedma i zatrzymaliśmy się wkrótce w San Gabriel, w estancji Mariano Linareza, do którego miałem listy polecające; tu bowiem, jak w Europie, a nawet może więcej, trzeba się zaopatrywać w rekomendacje. Ciekawy to ten Mariano Linarez! Prawdziwy typ argentyńskiego gaucza, dumny, butny, trochę podejrzliwy i dziki, ale za to gościnny jak Szkot.

Gdyśmy zbliżali się do jego rancho, Mariano pospieszył naprzeciw nas.

— Zsiądź z konia, — rzekł mi, — i chodź do mnie. Mój dom do ciebie należy.
Wprowadził mnie do izby, której ściany składały się z ułożonych obok siebie pni drzewnych, podłogę zaś zastępowała ubita ziemia.

— Siadaj.

Zasiadłem na starej skrzyni drewnianej, pokrytej skórą guanaka.

Przy wielkim ognisku osadzony był rożen żelazny, podtrzymujący ćwierć baranią.

— Don Enrique, — rzeki Linarez, — będziemy jedli.

I wskazywał mi gestem piekące się mięso, które wydawało nader przyjemny zapach; potem wyjął zza pasa nóż i pokroił Baraninę.

Naśladowałem go i z niekłamanym apetytem zajadałem prawdziwe asado, na pół upieczone, a ofiarowane mi w sposób nadzwyczaj uprzejmy.

Gdyśmy się dostatecznie nasycili, kobiety mego gospodarza sprzątnęły resztki biesiady i podały z kolei mate, podczas gdy don Mariano obrazowym językiem opowiadał mi swoje życie.

Był on świadkiem wszystkich okresów podboju argentyńskiego w pampach i czynną w tym odegrał rolę, a epizody tego pełnego niepokojów życia godne są czynów dawnych zdobywców hiszpańskich. W końcu don Mariano zapytał o cel mojej podroży. Gdy mu objaśniłem, że mam na celu badania etnograficzne i antropologiczne, z gestem przerażenia starał się mnie odwieść od tego przedsięwzięcia.

— Siadaj na koń, —rzekł — przebiegaj pampy wzdłuż i wszerz w pogoni za strusiami i guanakami, ale zaklinam cię, nie odkopuj grobów naszych przodków, to ci przyniesie nieszczęście. Zmarli to święci; przekleństwo tym, którzy ich niepokoją.

Dawne fantastyczne legendy i opowiadania, których się nasłuchał wieczorami w obozach, sprawiły, iż wierzył w rzeczy nadprzyrodzone i w czarnoksięstwo.

Widząc jednak, że jego strachy małe na mnie robią wrażenie, wzruszył ramionami, wstrząsnął rozpaczliwie głową i głosem głuchym, który stanowił szczególne przeciwieństwo z ostrym i głośnym zwykle dźwiękiem jego mowy, rzekł, biorąc mnie za rękę:

— Dobrze don Enrique. Ponieważ wbrew moim radom, szukasz bądź co bądź niebezpiecznej przygody, ponieważ twój śmiały umysł gardzi rozumnymi dowodami, wskażę ci miejsca gdzie znajdują się cmentarze indyjskie, jak również ślady dawnych obozowisk tutejszych. Ale będę ci tylko przewodnikiem nigdy pomocnikiem twoim. Nie dotknę się niczego, wskażę ci tylko zdaleka miejsca, które zechcesz poznać, nie chcę bowiem ściągać nieszczęścia na głowę swoją i rodziny.

Podziękowałem Marianowi i ponieważ już było późno, powiedzieliśmy sobie dobranoc. Gospodarz oddalił się, ja zaś rozciągnąłem się na skórach baranich, rzuconych w nieładzie w kąt izby.

31 marca skoro świt, byłem na nogach. Don Mariano, gdy tylko mnie spostrzegł, kazał osiodłać konie i udaliśmy się na poszukiwania. Okolica była smutna o powierzchni płaskiej i jednostajnej, przerzynana zaledwie gdzieniegdzie niewielkimi wyniosłościami piaszczystymi.

— Widzisz, — rzekł don Mariano — u stóp tych wzgórków należy szukać starożytnych grobowców i obozowisk pierwotnych.

Mój przewodnik miał rację. Starożytne obozowiska pozostały nietknięte; można było przypuszczać, że czas, który przeszedł nad nimi, nie chciał zatrzeć ostatnich śladów zamierzchłej przeszłości. Tu i ówdzie porzucone były ułamki krzemienia; szczątki garnków, kości guanaków, strusi i nawet ludzi. Nieco dalej broń, młotki, kulki żwiru z głębokimi nacięciami i kamienie żłobione. Gdzie indziej poczerniałe od ognia ślady wskazywały miejsca, w których stały szałasy starożytnych krajowców.

Tam to właśnie ludy pierwotne fabrykowały swój oręż krzemienny.
Większość obozowisk paradero, jak je tu nazywają ogólnie, znajdowała się na brzegach Rio Negro.
Roślinność tu w ogóle słaba; miejscami na wybrzeżach rosną jedynie wierzby karłowate, dostarczające podróżnikom złudzenia cieniu.

Podziękowałem gospodarzowi za przewodnictwo i wyraziłem zamiar wystawienia sobie namiotu na miejscu znaczniejszych obozowisk, które miałem nadzieję znaleźć. W ten sposób mógłbym prowadzić z powodzeniem poszukiwania i przyzwyczaić mój szczupły orszak do tycia, jakie będziemy musieli wieść przez długie miesiące.

Ponieważ znajdowaliśmy się jeszcze w stronach, gdzie można było się zaopatrzyć w zapasy żywności, zobowiązałem moja drużynę do polowania. Chleb i wino wyczerpały się do szczętu. Jedyny napój stanowiła woda i mate. Niekiedy pozwalałem mojej gromadce zmoczyć kawałek biszkopta w kawie czarnej.

Mój przewodnik, Nikanor Bosch, stawał się nieco śmiesznym. Wyobrażał sobie bez wątpienia, że udając się na wyprawę z Europejczykiem, on weteran pampy, powinien kierować nim podług swej woli. Gdy spostrzegł, że postanowiłem sam być kierownikiem zaczął postępować w sposób, który mi się zgoła nie podobał. Doszedłem do przekonania, że mam do czynienia z człowiekiem fałszywym, postanowiłem też rozstać się z nim bez zwłoki.

Z wolna zbiory moje się powiększały. Zebrałem mnóstwo strzał kamiennych rozlicznych kształtów i nadzwyczaj delikatnego wyrobu; znalazłem też noże krzemienne i boleadoras, tę straszną broń, którą dziś jeszcze władają z taką zręcznością krajowcy Patagonii.

Kolekcje czaszek i kości zapełniały już moje szkatuły. Dziwne są te szczątki szkieletów! Niektóre pomalowane na kolor ceglasty, inne na jasno różowy. Pragnąłem posiąść objaśnienia tajemnicy tego malowania i dowiedziałem się, że panował tu niegdyś zwyczaj wykopywania z ziemi zmarłych w kilka lat po ich pogrzebaniu, malowania tych szczątków i grzebania po raz drugi. Był to, jak się zdaje, najwyższy hołd, jaki składano umarłym.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ECHA Z POŁUDNIOWEJ AFRYKI - Antoni Rehman

Antoni Rehman , polski geograf, geomorfolog, geobotanik i podróżnik, który w latach 1879-1880 odbył podróż do Afryki Południowej, badał tam m.in. ziemie Zulusów i Buszmenów. Swoje wrażenia z podróży i badań opisał w książce Echa z południowej Afryki, której dwa pierwsze rozdziały umieszczę poniżej, żeby można było się zapoznać z jego twórczością. ROZDZIAŁ 1 Londyn w Kwietniu 1879 r. Londyn w niedzielę i w dzień powszedni. — Więcej serca dla koni niż dla ludzi. — życie na przedmieściach. — Nędza i żebracy. — Religijność Anglików. — Służba boża po ulicach. — Małe skutki uczciwych zabiegów. — Londyn dawniejszy. Jeżeli zdarzy się przypadkiem, że okręt płynący z Hamburga spotka gdzieś po drodze jakiegoś nieszczęśliwego swego towarzysza z pękniętą śrubą albo popsutą maszyną, i przyszedłszy mu w pomoc, straci wskutek tego dwanaście godzin czasu, to zamiast przybyć do Londynu w sobotę wieczorem, jak było zapowiedzianym, stanie tam dopiero w niedzielę w południe, a zatem ...

MOIENZI NZADI. U WRÓT KONGA - Tadeusz Dębicki

Tadeusz Dębicki w roku 1928 udaje się do Afryk Centralnej na belgijskim parowcu Mateba. S woją podróż, przygody oraz spotkanych ludzi barwnie opisał w swojej książce, która przedstawia realia jakie panowały w państwach skolonizowanych przez europejczyków. Poniżej zamieszczę kilka pierwszych rozdziałów z tejże książki. 1. Szeroki ocean oddycha pełna piersią. Pulsuje i drga życiem. Odwieczny, przetrwał dziesiątki nieznanych cywilizacji, przetrwał tworzenie się i zanikanie wysp i kontynentów, trwa dzisiaj i trwać będzie lat jeszcze miliony taki sam, jak przed milionami lat. Niby jedwab błękitny, srebrem haftowany, mieni się pod zwrotnikowym niebem jego powierzchnia. Młode, cieszące się życiem i śmiejące się do złotego słońca fale baraszkują radośnie, srebrnymi świecąc grzywami. Złoto-błękitne, królewskie delfiny kąpią się z rozkoszą w orzeźwiającej kryształowej wodzie. Śmigłe i zwinne wielkie delfiny czarne ścigają się nawzajem, ukazując co chwila nad niebieską tonią swój lś...