Przejdź do głównej zawartości

MOIENZI NZADI. U WRÓT KONGA - Tadeusz Dębicki

Tadeusz Dębicki w roku 1928 udaje się do Afryk Centralnej na belgijskim parowcu Mateba. Swoją podróż, przygody oraz spotkanych ludzi barwnie opisał w swojej książce, która przedstawia realia jakie panowały w państwach skolonizowanych przez europejczyków.
Poniżej zamieszczę kilka pierwszych rozdziałów z tejże książki.


1.
Szeroki ocean oddycha pełna piersią. Pulsuje i drga życiem. Odwieczny, przetrwał dziesiątki nieznanych cywilizacji, przetrwał tworzenie się i zanikanie wysp i kontynentów, trwa dzisiaj i trwać będzie lat jeszcze miliony taki sam, jak przed milionami lat.
Niby jedwab błękitny, srebrem haftowany, mieni się pod zwrotnikowym niebem jego powierzchnia. Młode, cieszące się życiem i śmiejące się do złotego słońca fale baraszkują radośnie, srebrnymi świecąc grzywami. Złoto-błękitne, królewskie delfiny kąpią się z rozkoszą w orzeźwiającej kryształowej wodzie. Śmigłe i zwinne wielkie delfiny czarne ścigają się nawzajem, ukazując co chwila nad niebieską tonią swój lśniący grzbiet, uzbrojony w ostrą, potężną płetwę. Stada ryb latających, jak mieniące się w słońcu krople wody, wiatrem z fontanny złotej uniesione, przelatują zwinnie z fali na falę. Leni wie kołujące w powietrzu białe mewy przyglądają się z za chwytem swemu odbiciu w zwierciadle z turkusów. Świeży pasat niesie zapach morskiego powietrza. Wysoko, w górze zawisły na lazurowym niebie drobniutkie białe chmurki i patrzą z uśmiechem na dół, na orgię błękitu, srebra, złota i radości.
Dziób białego okrętu rozcina ostrą stewą kryształową toń. Pienią się i kolorami tęczy błyskają odkosy śnieżnej piany. Za statkiem, na lazurowych fal karkach, szmaragdowe i seledynowe tworzą się kręgi. Ciągnie się za statkiem szlak z pawich piór...
Ukazują się na horyzoncie niewyraźne kontury niebosiężnych wysp... Tajemnicze wybrzeża nieznanych lądów... Strome zbocza gór dzikich... i znikają znowu, rozpływając się wolno we mgle perłowej podzwrotnikowego południa.
A dziób białego okrętu rozcina ostrą stewą kryształową ton.
Jakże szczęśliwi są ludzie, którzy żeglują przez te morza urocze! Jakże ja jestem szczęśliwy, że z kurzu i brudu cywilizacji europejskiej zdołałem się wyrwać! Że czystym od dycham powietrzem. Że widzę horyzont dymami nie zasnuty. Że na szerokim, wolnym jestem oceanie!
2.
Od dwóch lat mieszkam w mieście "pobielanych grobów". Właściwie tak nazwał Conrad-Korzeniowski Brukselę. Ale nazwa ta w każdym calu odpowiada szarej Antwerpii.
Antwerpia to obecnie jeden z największych portów świata. Miasto ponure, pełne kurzu, dymu i interesów. Bussines-city, światowa giełda diamentów i centrum handlu żywym towarem.
I nagle udaje mi się stąd wyrwać w kraje słoneczne i jasne. W kraje, niedawno jeszcze zupełnie dziewicze, a w których dzisiaj już, niestety, pracuje zachłanny pająk cywilizacji, aby je oplątać swą siecią kolei i telegrafu i najeżyć komi nami fabryk. Aby zeszpecić piękno natury tam, gdzie jeszcze zostało ono nietknięte. Aby szczęśliwym dotychczas krajowcom pozwolić zaznać dobrodziejstw postępu, którego wcale nie pragną.
Lecz i ja sam przecież przyczyniam się do tego...
Bo na dnie okrętu, prującego fale Atlantyku, ułożone są szyny do budowy kolei, która przetnie lasy dziewicze, prze niknie góry, przeskoczy strumienie i rzeki. Ułożone są części pontonów żelaznych, które kopcący holownik będzie ciągnął po bezbrzeżnych rzekach Afryki. Stłoczone są na pokładzie beczki benzyny dla samochodów, które dotrą aż do Wielkich Jezior.
Wkrótce świst lokomotywy przerazi władców puszczy: lwa, słonia i panterę, a płochliwe antylopy będą uciekały w szalonym pędzie na odgłos motoru automobilowego.
Dynamit rozsadzi góry i wedrze się w łono ziemi. Ludzie zaczną ryć i grzebać w poszukiwaniu złota.
Ale i o krajowcach nie zapomnieli kupcy z Europy. Wiezie biały okręt dziesiątki skrzyń whisky. I będą czarni błogosławili cywilizację.
3.
Buduje jedno z państw europejskich na zachodnim wybrzeżu Czarnego Lądu wielki port morski. Port, miasto i linię kolejową. Powstaje bardzo powoli to dzieło, pod samym równikiem rozpoczęte. Biali nie mogą tam pracować z powodu nieznośnego klimatu. Sprowadza się więc do roboty czarnych. I to nie tylko z okolicy, ale przywozi się ich nawet ze środka Afryki. Oczywiście, nie pyta ich nikt o to, czy chcą tam pracować. Mają za to codziennie trochę rozgotowanego ryżu, parę franków na miesiąc i... na pięćdziesięciu jedną kobietę. Karmieni niedostatecznie, zarażani chorobami przywleczonymi z Europy, lub zapadający masowo na śpiączkę i beri-beri, padają jak muchy. Miesięcznie umiera ich około 40%. A na ich miejsce przybywają nowi i nowi. Czarnych przecież jeszcze przez długi czas w Afryce nie zbraknie. Wyginie może w ten sposób kilka plemion, ale inne będą za to mogły korzystać z dobrodziejstw portu.
4.
Niedawno, bo dwa lub trzy lata temu zaledwie, w którejś z kolonii angielskich w Afryce, jedno z plemion murzyńskich ośmieliło się podnieść bunt. Zdaje mi się, że nieszczęśni czarni posunęli się nawet tak daleko, że odważyli się zamordować kilku białych.
Potępili ministrowie z Londynu tę zbrodnię ohydną i wy słali natychmiast na miejsce przestępstwa samoloty, które bombami doszczętnie zniszczyły okoliczne osady. Oto jest walka równa i sprawiedliwa. Przeciw łukom i oszczepom — bomby lotnicze. A czyż ci sami ludzie nie oburzali się w czasie wojny, gdy samoloty nieprzyjacielskie atakowały ich miasta, mające do swej obrony zenitową artylerię i własnych lotników?
Tak to powoli i z trudem cywilizuje się dziki Czarny Ląd.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

PODRÓŻ PO PATAGONII - Henry de La Vaulx

Henry de La Vaulx , francuski pilot balonowy, podróżnik i eksplorator, który od marca 1896 roku do maja 1897 roku przebywał wśród Indian patagońskich. Wrażenia z podróży i poczynione obserwacje opisał w książce Podróż po Patagonii.  Książka ta została wydana w Polsce w roku 1902 i z tego co mi wiadomo było to jedyne wydanie w języku polskim.  Nie udało mi się również znaleźć polskiej okładki, wrzucę więc zdjęcie z oryginalnego wydania francuskiego. Zamieszczę też tutaj pierwszy rozdział z tej jakże ciekawej książki, z czasów gdy Ameryka Południowa była jeszcze naprawdę dzikim i nie do końca zbadanym kontynentem. ROZDZIAŁ 1 Carmen. — Viedma. — Przeprawa przez Rio Negro. — Skład wyprawy — Mariano Linarez. — Ciekawe wykopaliska. Ku końcowi grudnia r. 1895 przy 12° poniżej zera opuściłem Francję i w połowie stycznia r. 1896 przybyłem do Buenos- Aires, trafiwszy na upalną w całej pełni kanikułę. Otrzymawszy od rządu argentyńskiego wszystkie żądane ułatw...

ECHA Z POŁUDNIOWEJ AFRYKI - Antoni Rehman

Antoni Rehman , polski geograf, geomorfolog, geobotanik i podróżnik, który w latach 1879-1880 odbył podróż do Afryki Południowej, badał tam m.in. ziemie Zulusów i Buszmenów. Swoje wrażenia z podróży i badań opisał w książce Echa z południowej Afryki, której dwa pierwsze rozdziały umieszczę poniżej, żeby można było się zapoznać z jego twórczością. ROZDZIAŁ 1 Londyn w Kwietniu 1879 r. Londyn w niedzielę i w dzień powszedni. — Więcej serca dla koni niż dla ludzi. — życie na przedmieściach. — Nędza i żebracy. — Religijność Anglików. — Służba boża po ulicach. — Małe skutki uczciwych zabiegów. — Londyn dawniejszy. Jeżeli zdarzy się przypadkiem, że okręt płynący z Hamburga spotka gdzieś po drodze jakiegoś nieszczęśliwego swego towarzysza z pękniętą śrubą albo popsutą maszyną, i przyszedłszy mu w pomoc, straci wskutek tego dwanaście godzin czasu, to zamiast przybyć do Londynu w sobotę wieczorem, jak było zapowiedzianym, stanie tam dopiero w niedzielę w południe, a zatem ...