Przejdź do głównej zawartości

BORNEO. W KRAINIE ŁOWCÓW GŁÓW - Eric Mjöberg

Kolejną pozycją którą pragnąłbym Wam przybliżyć jest książka szwedzkiego zoologa i etnografa Erica Mjoberga pt. "Borneo. W krainie łowców głów". Autor dzieli się z nami wrażeniami z podróży przez Borneo którą odbył w latach 20 XX wieku.
Książka z tego co mi wiadomo wydana w Polsce była dwa razy, pierwsze wydanie jest z 1929 roku i drugie z roku 1930.
Dziś książkę bardzo ciężko dostać, jest praktycznie nieosiągalna. Kilka sztuk jest oferowanych w sprzedaży w internetowych antykwariatach.
Zamieszczę tutaj dwa rozdziały, aby można było się zapoznać z tą książką. 





Rozdział 1

Kraje tropikalne posiadają specjalny urok, zwłaszcza dla zimnokrwistych ludzi północy, trafniej może i lepiej oceniających całą piękność bujnej, przesłonecznionej przyrody, gdzie palmy wznoszą swe smukłe pnie ku niebu.
Człowiek biały, Europejczyk, przyjeżdża zazwyczaj w okolice równika, jako jednostka nic nie znacząca, uboga, a tam staje się z miejsca władcą, który może bezkarnie brunatnoskórym właścicielom kraju wydzierać spod stóp ich bogate ziemie.
Zbieg okoliczności poprowadził mnie do Indii zagangesowych. Z nieprzejrzanej dziczy, która ongiś, przed wiekami, potężny szmat ziemi Azji łączyła z niżem australijskim, stworzyła sobie Holandia kolonię, obszarem sześćdziesiąt pięć razy przewyższającą macierz. Wyspy Sundajskie należą do najbardziej urodzajnych okolic całej kuli ziemskiej. Gorący klimat i równomierne opady tworzą niemal że cieplarnianą atmosferę. Gleba, nasycana kiedyś przez lawy wulkanów, sprawia, że ziemie są nad wyraz żyzne.
Powiew doskonałej obojętności i beztroski roztacza się nad tą krainą, nad jej mieszkańcami i malowniczą przyrodą. W cieniu jasnozielonych pisangów wylegują się gromadnie, przed prymitywnymi, na wysokich palach wzniesionymi chatami córy i synowie tej ziemi. W beztroskim spokoju drzemią prawie całe życie. Dnie mijają, przychodzą nowe, a przeszłość, teraźniejszość i przyszłość kojarzą się dla nich w jedno. Najważniejszą, jedyną i kardynalną zasadą jest maksyma: „w życiu doczesnym pracować, o ile się tylko da — jak najmniej".
— Pocóż pracować więcej, niż jest nieodzownie konieczne? — mówią sobie tubylcy, Malajczycy. Wszakże ich własnością jest ten kraj, pełen słońca i ciepła, a ziemia daje plon obfity sama z siebie. Parę palm kokosowych, kilka grup drzew bananowych, trochę okopowizny, jak maniok lub calocasia, dostarczają dostatecznej ilości pokarmu dla niewyszukanego stołu. Do tego dochodzi ryż, który jednak nawet w tamtejszym klimacie wymaga pewnej pieczy. Zdarza się, mianowicie, że nad jego żółte łany przylatują gromady łuszczaków. Aby wystraszyć ptaki, zawiesza Malajczyk w polu, na palikach, małe dzwoneczki i, i leżąc w cieniu swego domostwa, pociąga niedbale kilkusetmetrowy sznurek.
Parę cuchnących kozłów, kilka brzuchatych wieprzy i wyleniałych psów, kilkanaście szczudłowatych kogutów i kur — oto żywy inwentarz malajskiego podwórka, którego nie okala płot ani parkan.
Dookoła palmy cukrowej, ciemnej i ponurej, pochylonej pod brzemieniem dojrzałych owoców, gromadzi się rodzina. Kilka takich drzew wystarczy w zupełności do zaopatrzenia całej wsi w słodki syrop na dziesiątki lat. Tu i owdzie, na skrzyżowaniu dróg, rozpostarły się budy wędrownych handlarzy, tak zwanych kedeh lub waarom. U nich to może brunatnoskóry za niepomiernie niską cenę zaspokoić wszystkie swoje doczesne potrzeby. Właściciel sklepu sprzedaje bowiem swoje córki i żonę za równie przystępną cenę, jak i mnogość reszty towarów, które przekonywająco zachwala. Można u niego dostać kawę i inne napoje, można spożyć rozmaitego rodzaju gotowane i pieczone smakołyki, od cuchnącej ryby i śmierdzącego raka począwszy, aż do kandyzowanej figi i smażonych migdałów.
Za grosze żyje Malajczyk — szykownie i wesoło. Główną jego rozrywką i pasją są gry hazardowe. Jeżeli sam nie gra, to przynajmniej innym kibicuje. Rozrywką są również walki kogutów i turkawek. Zwierzęta walczą, krwią i pianą obryzgane, do ostatka. A Malajczyk się bawi...
Raz tylko w życiu, w Australii, widziałem tylu mężczyzn i kobiet, chodzących nago. Tu jednak gra barw ciał jest znacznie bardziej urozmaicona — od koloru sadzy do matowo-białej. Bengalczyk jest czarny jak noc, ma płomienne oczy i perłowo białe zęby. Przez stopniową mieszaninę ras barwa skóry staje się coraz jaśniejsza, aż wkońcu osiąga kolor Europejczyka i tylko sposób myślenia i zachowanie danego mieszańca zdradza jego prawdziwe pochodzenie.
Specjalne prawa mają córy z Państwa środkowego, które bielą twarze kredą, maskując w ten sposób jasno-miedzianą skórę. Piękne naprawdę są dziewczęta z Indii. Często noszą, złote obręcze w nosie. Wyraz ich twarzy jest zawsze łagodny. Przeciwieństwem Indianek są kobiety Batoków, żujące bez przerwy betel, brzydkie, o grubych, spłaszczonych nosach — jak kartofel.
Pełne gracji, wskutek lekkiego chodu i harmonijnego kołysania bioder, są Jawajki. Poruszają się wdzięcznie, odsłaniają miedziano-złote ramiona, plecy i nogi. Natomiast zasłaniają do połowy piersi.
Granica między białymi a kolorowymi nie jest tu tak ściśle przestrzegana, jak w świecie mówiącym po angielsku. Anglik uczy kolorowego swego języka, manier, trzyma go jednak uparcie w jego pozycji socjalnej. W koloniach holenderskich panuje odmienna polityka. Biały przyjeżdża do kolorowego, uczy się jego języka i niweczy przez prawnie zawarty związek małżeński granice ras. Nikt nie traktuje z pogardą białego dlatego, że ma kolorową żonę i kolorowe dzieci. Częstokroć półkrwi potomkowie zażywają uprawnień na równi z białymi Holendrami.

Tu i owdzie wystrzelają, jak w całym świecie, wieże chrześcijańskich kościołów obok mahometańskich meczetów. Nierzadko są to arcydzieła sztuki. Nie można jednak przeceniać ich znaczenia moralnego. Znajdują się one w kraju pogańskim, który z pogaństwem ma więcej wspólnego niż umysł człowieka dwudziestego wieku pojąć jest w stanie. Ani przymus towarzyski, ani też konwencjonalna obłuda nie utrudniają życia. Każdy żyje tak, jak mu się podoba. Jest to najbardziej cenna zaleta krajów tropikalnych. Doprawdy człowiek ma dość do zwalczania — samego siebie i klimat.
Nikt nie trawi czasu na kłótniach i małostkowych sporach, tu na szerokości geograficznej, oznaczonej zerem — gdzie ziemia jest najbardziej okrągła.
Z chwilą, kiedy człowiek biały przyswoi sobie warunki klimatyczne, powodzi mu się doskonale. Na to jednak trzeba najmniej sześciu miesięcy, aby się mógł wżyć w nowe ramy. Na ogół życie w tropikach płynie w nieopisanej wygodzie i spokoju, które to przymioty nowoprzybyły szczególnie ceni.
Na otwartych, chłodnych werandach, zajmujących największą część domu, wypoczywają w na wpół leżącej pozycji Europejczycy. Przy szklance herbaty lub aperitifie gwarzą o drobnych wydarzeniach dnia. Czterech czy pięciu brązowych sług jest stale na wyskoki. Chociaż nie należy do reguły, wbrew opowiadaniu niektórych egzotycznych podróżników, aby dwaj niewolnicy wachlowali nieustannie liśćmi palmowymi białego burżuja, niemniej służba kolorowa dba istotnie niesłychanie o wygodę i dobre poczucie Europejczyków.
Biały nie wykonuje żadnych zajęć domowych; ogranicza się tylko do kontroli i wydawania rozkazów. Wystarczy, aby gospodyni domu zawołała „boy“, a w tej chwili przydrepcze mały, żwawy Malajczyk, bosy, w barwnym turbanie na głowie o brązowych, lśniących policzkach, jak świeżo upalone ziarno kawy. Posłusznie przyjmuje polecenia i wykonuje je sumiennie.
Czasami to życie, wygodne i beztroskie, przeradza się w lenistwo. Europejka ulega często apatii, ociężałości, popada w anemię. Na wspaniałej, obsadzonej palmami jezdni Mangalaanu, najwytworniejszej arterii miasta, widać często panie z tak zwanej wyższej klasy, które w cieniutkich szlafrokach rannych, bez pończoch, przechadzają, się w nader bezpretensjonalnym stroju po ulicy.
Ciekawe pod względem pewnej charakterystyki obyczajów panują, stosunki w okolicach nieco bardziej oddalonych, na wschodnim wybrzeżu Sumatry. Przez siedem, osiem miesięcy w roku są. warunki klimatyczne normalne, to znaczy: gorąco, wilgoć i od czasu do czasu opady. Z końcem października rozpoczyna się pora deszczowa. Niebo otwiera swe śluzy i wybucha niepohamowanym wylewem łez. Nie wystarczają specjalnie do tego urządzone ścieki ani kanały; potop wznosi się i wznosi, wodą zalewa ulice, nawet domy sąsiadujące blisko z sobą są odcięte od jakiej takiej komunikacji.
Przeważnie podczas jednej tylko nocy ulewa jest tak silna, że powoduje gwałtowną powódź w całej okolicy. Warunki naturalne sprzyjają temu, aby na miejscu urządzić, zresztą zupełnie udane, naśladownictwo Wenecji. Inscenizuje się włoskie noce; w świetle barwnych lampionów, przy akompaniamencie miękkich tonów mandolin, płyną gondole, silnymi, brązowymi ramionami wiosłowane, bez szelestu po lustrzanej powierzchni wody.
Sen z bajki dla oczu, przywykłych do patrzenia na krajobraz północy.
W okolicach wyżej położonych rosną, lasy dziewicze, w których przedpotopowa zwierzyna przetrwała aż do naszych czasów. Tam wybujały lasy Sumatry najpotężniej, pełne dziczy i gęstwin. Biada łowcy, który w pogoni za słoniem lub nosorożcem zabłądzi i zgubi drogę.
Wzdłuż południka, jeszcze bardziej w górę, znajdują się bezsprzecznie najbardziej urocze okolice Sumatry. Stopa człowieka nie dotknęła tam jeszcze ziemi, w przeciwieństwie do nizin, zmienionych w jakiś dziki chaos, gdzie przyroda cała jak gdyby stanęła na głowie. Plądrują, palą, grzebią, a kiedy grubszą robotę skończą, puszczają czerwonego koguta, aby dzieła zniszczenia dokonał. Ziemia staje się wówczas zdatna pod uprawę.

Rozdział 2

Aby móc należycie zrozumieć warunki, w jakich się dany kraj znajduje, należy myślę, cofnąć się wstecz, do czasów, które przeszły, aby na tle historii przyjrzeć się jego ewolucji. Tylko tak postępując, można odpowiedzieć na pytania, które nasuwa teraźniejszość.
Najstarsze ślady historii Borneo otacza ciemność. Pierwszym wyraźnym wskaźnikiem są napisy na starych kamieniach, znalezionych na wschodzie przez znanego badacza holenderskiego Kerna i przez niego odcyfrowane. Według nich istniało już w czwartym i piątym wieku państwo hinduskie, pod panowaniem króla Moelawarmana, który za pomocą hojnych darów utrzymywał przyjazne stosunki z bramanami. Pewną liczbę hinduskich pomników i przedmiotów kamiennych znaleziono w rozmaitych częściach wyspy. Z nich wynika jasno, że Hindusi odwiedzali Borneo w rozmaitych okresach w roku 1000 po Chrystusie i mieli pewien wpływ na mieszkańców.
Na Sumatrze, jak również Jawie, odkryto cały szereg świątyń hinduskich. Wprawdzie całkowicie utrzymanych w Borneo nie znaleziono, istniały jednakże na pewno, a tylko z czasem uległy zniszczeniu i lasy dziewicze porosły nad nimi.
Że mocarne królestwo hindu-jawańskie Majapahit miało silne wpływy na Borneo, zdaje się nie ulegać kwestii. Choć większych świątyń nie odkryto, ale prawie wszędzie znajdowano przedmioty kamienne z tych czasów. Przedstawiają one przeważnie wizerunki świętych zwierząt.
Na szczególną uwagę zasługuje wykuta w skale figura człowieka, naturalnej wielkości, twarzą ku dołowi zwrócona. Według podania, przedstawia ona kobietę, która popełniła jakieś wielkie przestępstwo i za karę, dla odstraszającego przykładu potomności, została wykuta w kamieniu.
W roku 1478 upadło królestwo Majapahit, podbite przez Malajczyków, którzy w nader szybkim czasie opanowali najważniejsze punkty kraju. Specjalnych przewrotów w Borneo Malajczycy nie dokonali. Mimo że islam zyskał szeregi wyznawców, nie ważyli się wtargnąć głębiej, w górę rzeki.
Ożywione stosunki między starymi Chinami a północnym i zachodnim Borneo panowały już w czasach bardzo odległych. Ze starych podań wynika, że duże przestrzenie na północy i zachodzie tworzyły wasalne państwa Chińczyków.
Borneo, największa z wysp Sundajskich, nie zdołało w tej mierze co Jawa i Sumatra zaciekawić sobą badaczy. Podczas gdy Jawę i Sumatrę podróżnicy przeszli wszerz i wzdłuż, za każdym razem znajdując ciekawy materiał, istnieją w Borneo dotąd przestrzenie, na których stopa Europejczyka nie stanęła. Cała połać kraju pomiędzy Mount Murud na północy a Mount Tibang w środkowym punkcie wyspy jest dotąd niezbadana. Badacz, który się tej pracy podejmie, otrzyma hojną, nagrodę za trudy. Ale na to potrzeba sił i poświęcenia. Poważne badania we wnętrzu Borneo nie są dziecinną zabawką. Przyroda jest surowa i zazdrośnie ukrywa swe tajemnice. Niebezpieczeństwa czyhają na każdym kroku, nawet dla tych, którzy warunki życia na wyspie znają dokładnie i przystępują do pracy na mocy długoletniego doświadczenia.
Podczas mojej ostatniej podróży znalazłem się kilkakrotnie w obliczu śmierci. Że w tej oto chwili, cały i zdrów, siedzę przy biurku, wydaje mi się samemu jakimś cudem. A mimo całego trudu i niebezpieczeństwa tęsknię do tej dalekiej, nieznanej ziemi.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

PODRÓŻ PO PATAGONII - Henry de La Vaulx

Henry de La Vaulx , francuski pilot balonowy, podróżnik i eksplorator, który od marca 1896 roku do maja 1897 roku przebywał wśród Indian patagońskich. Wrażenia z podróży i poczynione obserwacje opisał w książce Podróż po Patagonii.  Książka ta została wydana w Polsce w roku 1902 i z tego co mi wiadomo było to jedyne wydanie w języku polskim.  Nie udało mi się również znaleźć polskiej okładki, wrzucę więc zdjęcie z oryginalnego wydania francuskiego. Zamieszczę też tutaj pierwszy rozdział z tej jakże ciekawej książki, z czasów gdy Ameryka Południowa była jeszcze naprawdę dzikim i nie do końca zbadanym kontynentem. ROZDZIAŁ 1 Carmen. — Viedma. — Przeprawa przez Rio Negro. — Skład wyprawy — Mariano Linarez. — Ciekawe wykopaliska. Ku końcowi grudnia r. 1895 przy 12° poniżej zera opuściłem Francję i w połowie stycznia r. 1896 przybyłem do Buenos- Aires, trafiwszy na upalną w całej pełni kanikułę. Otrzymawszy od rządu argentyńskiego wszystkie żądane ułatw...

ECHA Z POŁUDNIOWEJ AFRYKI - Antoni Rehman

Antoni Rehman , polski geograf, geomorfolog, geobotanik i podróżnik, który w latach 1879-1880 odbył podróż do Afryki Południowej, badał tam m.in. ziemie Zulusów i Buszmenów. Swoje wrażenia z podróży i badań opisał w książce Echa z południowej Afryki, której dwa pierwsze rozdziały umieszczę poniżej, żeby można było się zapoznać z jego twórczością. ROZDZIAŁ 1 Londyn w Kwietniu 1879 r. Londyn w niedzielę i w dzień powszedni. — Więcej serca dla koni niż dla ludzi. — życie na przedmieściach. — Nędza i żebracy. — Religijność Anglików. — Służba boża po ulicach. — Małe skutki uczciwych zabiegów. — Londyn dawniejszy. Jeżeli zdarzy się przypadkiem, że okręt płynący z Hamburga spotka gdzieś po drodze jakiegoś nieszczęśliwego swego towarzysza z pękniętą śrubą albo popsutą maszyną, i przyszedłszy mu w pomoc, straci wskutek tego dwanaście godzin czasu, to zamiast przybyć do Londynu w sobotę wieczorem, jak było zapowiedzianym, stanie tam dopiero w niedzielę w południe, a zatem ...

MOIENZI NZADI. U WRÓT KONGA - Tadeusz Dębicki

Tadeusz Dębicki w roku 1928 udaje się do Afryk Centralnej na belgijskim parowcu Mateba. S woją podróż, przygody oraz spotkanych ludzi barwnie opisał w swojej książce, która przedstawia realia jakie panowały w państwach skolonizowanych przez europejczyków. Poniżej zamieszczę kilka pierwszych rozdziałów z tejże książki. 1. Szeroki ocean oddycha pełna piersią. Pulsuje i drga życiem. Odwieczny, przetrwał dziesiątki nieznanych cywilizacji, przetrwał tworzenie się i zanikanie wysp i kontynentów, trwa dzisiaj i trwać będzie lat jeszcze miliony taki sam, jak przed milionami lat. Niby jedwab błękitny, srebrem haftowany, mieni się pod zwrotnikowym niebem jego powierzchnia. Młode, cieszące się życiem i śmiejące się do złotego słońca fale baraszkują radośnie, srebrnymi świecąc grzywami. Złoto-błękitne, królewskie delfiny kąpią się z rozkoszą w orzeźwiającej kryształowej wodzie. Śmigłe i zwinne wielkie delfiny czarne ścigają się nawzajem, ukazując co chwila nad niebieską tonią swój lś...