W roku 1924 polski podróżnik Emil Lucjan Migasiński udał się do Algieru aby zwiedzić ten północnoafrykański kraj. Oprócz poznania historii i walorów turystycznych autor także zainteresowany był Polakami którzy wyemigrowali do tej francuskiej kolonii.
Poniżej zamieszczę dwa pierwsze rozdziały.
Poniżej zamieszczę dwa pierwsze rozdziały.
Rozdział 1
Na Morzu Śródziemnym
Wiosną 1924 r. wybrałem się do pięknego, słonecznego Algieru, nie tylko dla poznania kraju, o którym marzą Wszyscy turyści, - byłem już tam tu i owdzie przelotnie - lecz również zainteresowany emigracją Polaków. Wśród naszych rodaków we Francji, których jest już najmniej kilkaset tysięcy, szerzył się pogląd, że Algier jest przedłużeniem południa Francji, a więc pociągał, jak magnes, ku sobie wychodźców polskich. Niniejsza praca wyjaśni i tę kwestię.
Jakoś wiosna w tym roku zjawiała się dość późno w Europie, słońce przygrzewało jeszcze niezbyt silnie. 10 kwietnia w Wiedniu przeraźliwie zimny wicher kazał mi tęsknić do jak najszybszego wyjazdu ze stolicy naddunajskiej do Triestu. Tutaj znów 2 kwietnia deszcz i wiatr zmuszał mnie do krycia się w kawiarniach. Ale we Włoszech kaprysy wiosenne trwają zazwyczaj krótko: wiosna tryumfuje... znów świat rozradowany żyje w blaskach słonecznych.
Dla Polaka Triest jest miastem bardzo ciekawym. Nad wspaniałą zatoką dawniej dziesiątki tysięcy wieśniaków i wieśniaczek polskich słały ostatnie smutno wejrzenia z Europy w drodze do Brazylii. Zaludnili Paranę i nie powrócili do wolnej ojczyzny.
Przez Triest przejeżdża też sporo emigrantów Żydów do Palestyny. Jest tu konsulat polski na Plazza della Borsa nr 4. Triest ma wspaniały hotel dla emigrantów przy ul. Chabriola tuż przy wiosce Serrola, i posiada sekretariat doskonałej włoskiej instytucji opiekuńczej „Italica Gens", która daje pomoc i porady włoskim emigrantom na całym świcie.
12 kwietnia zajaśniało wspaniałe słońce nad zatoka i nad winnicami triesteńskimi. Wielki dwuśrubowiec „Presidente Wilson", na którym miałem odpłynąć do Algieru, przygotowywał się do podróży.
Parowiec ten, o pojemności 16500 ton, posiada szybkość 20 mil morskich na godzinę i nie kołysze się, a więc podróżni unikają nieznośnej mal de mer.
Na pokładzie spostrzegam dużo młodych chłopców. To uczniowie jednej ze szkół niemieckich, dorastający chłopcy, jadą zobaczyć Włochy. Przyłączyli się do wycieczki, urządzonej przez berlińskie towarzystwo dziennikarzy. Ujrzą wszystkie wspaniałości Włoch i Wieczne Miasto.
Ta wycieczka - mówią mi znajomi włosi - to jedna z wielu. Mówią, że zaczął się exodus Niemców do Włoch. Prasa pisze, że wszyscy Niemcy. którzy w r. 1914 opuścili Wiochy, powrócili, nawet w większej liczbie. Na północy Włoch kolonie niemieckie są większe niż przed wojną światową. Powstają fabryki niemieckie i filie fabryk niemieckich. Do kupna pewnej fabryki w pobliżu Mediolanu zgłosiło się aż 28 Niemców.
Pierwszy etap mojej podróży to podróż z Triestu do Neapolu, dokąd przybędziemy 15 kwietnia. Tym razem nie zobaczę wybrzeży greckich w porcie Patras. Zeszłym razem w podróży z Triestu do Neapolu je widziałem.
Podróż Adriatykiem i morzem Śródziemnym jest doskonałym wypoczynkiem dla wszystkich, którzy, myśląc o swym zdrowiu, chcą jednocześnie zobaczyć jedną z najpiękniejszych stron światu. Ta toń śródziemnomorska otacza wybrzeża, gdzie powstawała i rozwijała się cywilizacja europejska.
Wspaniały okręt „Presidente Wilson" włoskiej linii „Cosulich" przepełnia się zwykle w Trieście turystami. Nikt nie obawia się choroby morskiej, bo okręt sunie po falach bez wstrząśnień. Dzień wiosenny, prześliczny. W taki czas podróż morzem jest snem czarownym. Ileż wrażeń doznaje podróżny, który umie patrzyć i zachwycać się.
Okręt miał już odpłynąć, mostki były już zdjęte, gdy nagle odjazd powstrzymało czułe pożegnanie ciemnoskórego Afrykańczyka, palacza okrętowego, z uroczą włoszką. On stał na pokładzie i namiętnymi gestami w stronę wybrzeża wyrażał swój żal z powodu rozłąki. Ona, śliczna włoszka, czarnooka i czarnowłosa, w jaskrawej chustce, wśród gromadki pięknych dziewcząt różnobarwnych, jak motyle, spoglądała dość obojętnie. Widocznie wyczytał tę obojętność z jej oczu płomienny Afrykańczyk, zbudziła się w nim zazdrość, obawa, że może ją utracić podczas swej nieobecności, i skoczył do morza; niebawem wypłynął i znalazł się na wybrzeżu w towarzystwie swej ukochanej.
Opuściwszy prześliczną zatokę triesteńską, płyniemy nieopodal wybrzeży dalmatyńskich, wzdłuż miast białych, skąpanych w słońcu. Piękne, interesujące wybrzeża. Zdała wydaje się, jakby te miasta były gromadami białych kamieni, bliżej widać, że to miasta, jeszcze bliżej dostrzegam gmachy. Dalej wysepki skaliste, mimo to pokryto winnicami. Na jednej, tak dużej, jak Saska Kępa nad Wisłą, wśród winnic i drzew kryje się pustelnia, klasztorek czy dom mieszkalny samotników, oddzielonych od wybrzeża dalmatyńskiego wąskim pasem morskim, a mimo to tak samotnych, bo tylko gdzieniegdzie wzdłuż wybrzeża wiatr wydyma czerwonawy żagiel rybacki. I pusto i głucho na wybrzeżu i wysepce, pokrytych winnicami. W krwawych blaskach zachodzącego słońca gdzieś tam zdala ukazuje się latarnia morska na skale wśród morza.
Nazajutrz na okręcie wesoło, wszyscy zdrowi, toń morska gładka, jak zwierciadło. Wspaniałe sale restauracyjne, bar okrętowy, salon rozbrzmiewają gwarom wesołych rozmów, muzyki (na okręcie jest orkiestra, przy tym podróżni grają często na fortepianie). A mimo to wśród tego wesela, gwaru, jest prawdziwy wypoczynek dla turysty, bo słońce, niebo, morze są przyjazne, południowa wiosna tryumfuje. Publiczność inteligentna, zawiązują się ciekawe, interesujące znajomości. Zapoznałem się z malarzem Czechem, który jedzie do Algieru, aby tam znaleźć nowe tematy interesujące wśród ludności arabskiej. P. Al. Kohout, wykształcony w Paryżu, jest bardzo miłym młodzieńcem. Zna doskonale Włochy i Francję. Algier go pociąga nowością wrażeń artystycznych.
14 kwietnia jesteśmy u wybrzeży włoskich, w zatoce mesyńskiej, w wyobraźni mej odżyła baśń starożytna o Scylli i Charybdzie. Widzimy Messynę, która już dawno zapomniała o swej katastrofie wulkanicznej, widzimy Etnę, Stromboli o kraterze spowitym dymami. Nazajutrz wpłyniemy do zatoki neapolitańskiej, przybędziemy do Neapolu, o którym mówi przysłowie: vedi Napoli e muori (zobacz Neapol i umrzyj), bo nic piękniejszego po nim w świecie nie zobaczysz.
Ni stąd ni zowąd na okręcie obok flagi włoskiej zjawiła się improwizowana flaga niemiecka i rozbrzmiewa patriotyczna mówka niemiecka, usiłująca przekonać, że Włochy, które dawniej były w Trójprzymierzu, powinny by i obecnie sprzyjać Niemcom, z którymi łączą je interesy ekonomiczne. Ja i moi znajomi Czesi, uśmiechamy się, widząc tę gorliwość niemiecką korzystania z każdej okazji, aby swój Vaterland przedstawiać w jak najlepszym świetle.
Okazją tej manifestacji germańskiej był koncert, który urządzili członkowie wycieczki dziennikarzy berlińskich; przetworzył się on w rodzaj manifestacji patriotycznej niemieckiej, mającej na celu usposobić dobrze dla Niemców publiczność włoską na okręcie.
15 kwietnia jestem w Neapolu. Okręt zatrzymuje się dłużej, można więc zwiedzić miasto, nad którym panuje groźny Wezuwiusz. Port tworzy duże półkole od Sorrento do Capri i Ischia, wybrzeże wznosi się ku pagórkom pokrytym pięknymi willami. W promieniach słońca południowego wille, pola, winnice, cała bajecznie piękna przyroda lśni się różnobarwnie.
Z Neapolu do Wiecznego Miasta niedaleko. Któż z Polaków nie chciałby ujrzeć stolicy Włoch, Watykanu, San Piętro? Tym razem nie mam na tę wycieczkę czasu, okręt odpływa tegoż dnia. Na okręcie dostrzegłem grupę duchownych, którzy udają się do Rzymu.
Włóczę się po ulicach, pogoda pięknu, Wezuwiusz wznosi się majestatycznie, il cochiere obwozi nas, mnie i mych znajomych Czechów po mieście w swej dość trzęsącej i niewygodnej „vettura” po wszystkich ciekawych punktach miasta. Słońce pali, gwar życia na świeżym powietrzu, życia wesołego, łatwego, południowego, otacza nas dookoła.
Prześliczny jest Neapol w słońcu, perły dzieł sztuki, pałaców, wspaniałych hoteli, na każdym kroku widać ślady minionych stuleci, pełnych sławy; przechowały się i dawne bastiony zamkowe, świątynie imponują wspaniałością swej architektury wśród palm, prześlicznych plantacji, ogrodów, skwerów, któ¬re nam przypominają, że tutaj nieba są łaskawe dla ludzi, że chłód nie ziębi ich, juk nas w kraju ojczystym. Patrzyłbym dnie całe na ten ukoronowany Wezuwiuszem port neapolitański, na jego duże półkole od Sorrento do Caprii Ischii, na zmarszczoną lekko toń wzdłuż pagórków, okrytych willami, lśniącymi różnobarwnie w słońcu południowym.
Ach, cudne jest to morze Śródziemne! W ciągu kilku dni podróży wzrok rozkoszował się wspaniałością przyrody.
Szczęśliwi moi znajomi Czesi udają się do Sorrento, niedaleko od Neapolu, inni na Capri, dokąd podróż parostatkiem trwa zaledwie półtorej godziny.
Zegnamy Neapol. Presidente Wilson ma teraz świeżych podróżnych i rozbrzmiewa gwarem wszystkich dialektów włoskich. Il mare e un poco agitato (morze jest nieco podniecone) mówili podróżni, którzy zapewne po raz pierwszy widzieli morze. Toń lekko się marszczyła, lecz była spokojna. Uśmiechnąłem się, bo wielki okręt sunie po Adriatyku i morzu Śród- ziemnym tak spokojnie, jak po powierzchni jeziora. Bo też to morze jest czymś w rodzaju olbrzymiego jeziora. Niema prawie przypływu i odpływu morskiego, ma burze nagłe i gwałtowne, lecz krótkie, pod niebem lazurowym jest zwykle lazurowe. Pod żarem słonecznym parzy silnie i wynagradza sobie ubytek wody prądem, który toczy weń świeżą wodę z oceanu Atlantyckiego przez cieśninę gibraltarską. Kanał Sueski, który łączy morze Śródziemne z morzom Czerwonym, jest wąskim przesmykiem, w którym mijają się zaledwie dwa okręty.
Brzegi algierskie są dłuższe, niż brzegi Francji europejskiej nad morzem Śródziemnym. Brzegi algierskie nie są tak gościnne dla okrętów jak brzegi europejskie. Rozbijają się o nie fale bardzo gwałtowne. Morze jest bardzo głębokie do 3000 metrów w pobliżu brzegów.
Po opuszczeniu Neapolu, mijamy Sardynię, poza którą kryje się Korsyka, po czym mamy ujrzeć Algier, budowle arabskie, roślinność podzwrotnikową, arabów w zawojach i burnusach, piękności arabskie o twarzach zasłoniętych przed niedyskretnym wzrokiem Europejczyka pod gorącem niebem afrykańskim.
Podróż trwała zaledwie cztery dni po wyjeździe z Triestu. Widziałem tyle cudów przyrody i sztuki włoskiej. Te cztery dni podróży to uczta dla wykształconego turysty, odpoczynek świetny dla zmęczonych nerwów, dolce far niente dla duszy ludzkiej.
Wolałem jechać z Triestu niż z Marsylii, choć podróż z tego francuskiego portu trwa przeszło dobę. Ale nie jest zajmująca. Widzimy tylko fale morza Śródziemnego i błękit niebios. Mały statek francuski na wzburzonych falach nie rozbrzmiewa zachwytami nad przyrodą, nie zatrzymuje się nigdzie. Podróżny rad byłby jak najprędzej ujrzeć ląd afrykański i pozbyć się nieznośnej mal de mer w porcie algierskim. Tymczasem wielki statek włoski płynie jak po jeziorze.
Algier nie jest zbyt oddalony od Europy. Duży okręt przebywa drogę z Marsylii do miasta Algieru w ciągu 24 godzin. Z algierskiego portu Oranu do Kartageny w Hiszpanii parowiec przewozi podróżnego w ciągu 7 godzin.
Na wschodzie i na zachodzie Afryka północna jest tak zbliżona do Włoch i do Hiszpanii, że morze przebyć tutaj można w lekkim czółnie lub barce rybackiej.
Piątego dnia po wyjeździe z Triestu Presidente Wilson zawija do portu miasta Algieru na wybrzeżu Afryki północnej.
Rozdział 2
Na słonecznyn wybrzeżu zamorskiej Francji.
Presidente Wilson staje u wybrzeża. Niewielu podróżnych wylądowuje tutaj. Inni płyną do Ameryki Północnej. Okręt zatrzymuje się tutaj kilka godzin. Każdy chce zobaczyć piękne miasto, które wznosi się amfiteatralnie na pagórkach. Ścisk więc na pokładzie okrętu. Rzucam zdumionymi oczyma dookoła. Widzę ogromne gmachy, upstrzone wielkimi szyldami.
- Ależ to jeszcze Europa! - wołam do swego towarzysza podróży, malarza Kohouta.
Dzień pochmurny, widocznie niedawno deszcz pa¬dał. Oczekiwałem powodzi blasków słonecznych, jak dawniej, kiedy wylądowałem w Oranie, jadąc do Ameryki południowej.
- Soyez patient! - śmieje się mój towarzysz. -Ujrzy pan niedługo słońce i wschodnich ludzi.
Otaczają nas mali chłopcy arabscy w czerwonych zawojach i fezach na głowach, weseli, hałaśliwi, chwytają walizy bez pytania, wyszczerzają zęby białe w uśmiechach, prowadzą do niewielkiego budynku w porcie, będącego komorą celną. Formalności szybko załatwione. Ja nie mam nic do oclenia. Malarz prędko też się wylegitymował ze swych sztalug i płócien.
Niebawem po kamiennych schodach wspinamy się do miasta europejskiego. Chcieliśmy zamieszkać w hotelu blisko portu, więc nasi mali tragarze, rozumiejący trochę po francusku, zanieśli nasz bagaż do hotelu du Square na pograniczu miasta europejskiego i miasta arabskiego. Malarz zachwycony, bo stąd niedaleko na studia. Mieszkamy w jednym z najpiękniejszych punktów miasta Algieru, na Placu Republiki, mamy widok na skwer z wspaniałymi palmami. Hotel niedrogi.
Wyszedłszy z hotelu, patrzymy znowu na morze, jakoś dzisiaj wzburzone. Deszczyk pokrapia. Skaczemy do przepełnionego tramwaju i jedziemy, mając ciągle widok morza przed oczyma.
Deszcz przestał padać. Schodzimy znowu do portu, aby pożegnać się ze znajomymi na Presidente Wilson. W porcie gwar różnojęzyczny: słychać języki francuski, włoski, hiszpański, arabski i jakąś gwarę, przypominającą wszystkie te języki; najokropniejszy z żargonów, jakie tylko można usłyszeć w miastach portowych.
Ten żargon słyszałem później często, gdziekolwiek żyją obok siebie Francuzi, Włosi, Hiszpanie i inni Europejczycy, wśród których kręcą się Arabowie, Kabylowie, Mauretanie. Jest to żargon powszechny wśród mieszanej ludności Afryki północnej.
Jaki ruch w porcie! Widać, że to wielkie miasto morskie, które w przyszłości rywalizować będzie z innymi miastami portowymi morza Śródziemnego, taką Genuą, Neapolem.
Ponad portem wielkie miasto nowoczesne, zamieszkałe przez przeszło 150 tysięcy Europejczyków.
W mieście arabskim żyje około 50 tysięcy krajowców muzułmanów.
Miasto europejskie ożywione, wykwintne, pełne pięknych budowli, skwerów, ogrodów, rozłożone amfiteatralnie na wzgórzach Mustafa i św. Eugeniusza, na obszarze kilkunastu kilometrów.
A nad nim w ciszy, przerywanej modłami wyznawców Proroka, spoczywa miasto tajemnicze, arabskie, przyciąga moje wejrzenia, nęci oryginalnością wrażeń, kontrastem ciszy wobec ruchliwości, niezmordowanej pracy Europejczyków w nowoczesnym mieście morskim, rozwijającym się w szybkim tempie, tak żywo i burzliwie, jak te fale morskie, które u jego stóp biją głośno o skały i tamy, pienią się, spragnione ruchu, życia pod palącymi promieniami słońca.
Takie myśli snuły mi się w głowie, patrzyłem na okręty, których było dużo, różnej wielkości. Zawijają tutaj statki w podróży do Ameryki północnej, zaopatrują się w węgiel, wodę słodką. Płynące do Ameryki południowej zawijają do portu Oranu.
Pierwszy wieczór spędzony w Algierze wydał mi się snem z Tysiąca i jednej nocy. Czułem rozkoszne, umiarkowane ciepło, od morza szedł chłód przedziwny. Powiedziałem swemu towarzyszowi, że mamy tutaj teraz — 17 kwietnia — klimat lepszy, niż w Nicei i nie zamieniłbym miejsca przechadzki z lordem, spacerującym, po Promenade des Anglais. Termometr wskazywał 20oC.
A przecież była to zima algierska, t. j. pora deszczowa (śniegu Algier nie zna), która trwa od października do maja.
Klimat algierski — informują mnie moi znajomi francuzi, od dawna tu zamieszkali — w zimie jest nadzwyczaj przyjemny, podczas siedmiu miesięcy wprawdzie deszcze padają, lecz wkrótce po deszczu słońce triumfuje, rozgania chmury i powietrze znów jest ciepłe, nadzwyczaj czyste i przezroczyste. Ta łagodność temperatury, ta pogoda niebios są tutaj w zimie doskonalsze niż na Jasnym Brzegu. Deszcze ulewne są częste w grudniu, styczniu i lutym, lecz są przy tym liczne przerwy dni pięknych, pogodnych.
A lato?
Pora sucha i gorąca zaczyna się w czerwcu i trwa do końca września. Deszczu prawie ani kropli. Powietrze jest suche i ciężkie, gdy wieje wiatr południowy, zwany sirocco, upał jest nieznośny. Nieuchwytny pył okrywa szarawą zasłoną niebo, widnokrąg. Te podmuchy sirocco zdolne są wysuszyć na popiół winnice, przyczyniać się do pożarów lasów. Latem Francuzi z Algieru wyjeżdżają na świeże powietrze do Francji.
Ciekawmy klimat, mający podobieństwo do klimatów umiarkowanego i tropikalnego. Algier zwany jest przedłużeniem południa Francji, jednak zdarza się, że francuzi południowcy wyjeżdżają stąd latem z powodu upałów. Na klimat algierski mają wpływ morze Śródziemne i Sahara. Morze czyni klimat umiarkowanym, wilgotnym, mało zmiennym. Pustynia czyni go suchym, upalnym, nadzwyczaj zmiennym.
Siedzieliśmy na werandzie w kawiarni na placu Republiki. Opowieści o sirocco, o pustyni Saharze, która ma straszne miejsca, zwane krajem przerażenia (po arabsku Bland-el-Khouf), o sławnym obrazie znakomitego malarza francuskiego, Fromentin‘a, przedstawiającym jeźdźców, zaskoczonych przez sirocco - Arabowie zwą go Simun - budziły nadzwyczajną ciekawość do poznania Algieru, który poza miastami i okolicami zaludnionymi ma olbrzymią pustynię Saharę.
Dzięki ciepłemu klimatowi życie uliczne w mieście Algierze przedstawia nadzwyczaj interesujący widok. W powodzi światła elektrycznego patrzyłem na wspaniałe, olbrzymie palmy na skwerze, na domy z arkadami, na przesuwające się postacie niewieście w białych powłóczystych szatach. Z żywych, ognistych wejrzeń, z brwi kształtnie zakreślonych domyślałem się piękności, nie mogąc jej dojrzeć pod białą zasłoną. Na chodnikach tłumy wesołe. W kawiarni przeważnie Europejczycy. Wśród nich kręcą się przekupnie muzułmanie, sprzedający dywany, pudełka, talerze z drzewa, rzeźbione. Gromady chłopców muzułmańskich proponują ustawicznie oczyszczenie obuwia, - cirer, monsieur, cirer monsieur - i nie czekając na odpowiedź, czyszczą obuwie po raz dwudziesty; trzeba się ich pozbywać, ofiarując zawczasu parę sous. Gdzieś na uboczu usiadła piękność arabska w towarzystwie muzułmanina w europejskim ubraniu i w fezie na głowie, pomimo niedyskretnych spojrzeń potrafiła tak zręcznie unosić swą zasłonę, iż pijąc kawę nie pozwoliła zobaczyć swych wdzięków. Nieco dalej wspaniały Arab w białym burnusie i zawoju, przybyły z blad‘u (z wnętrza Algieru) zwraca powszechną uwagę swą męską postacią i urodą.
Wśród tych synów pustyni, zamieszkujących oazy Sahary, są ludzie bogaci, właściciele tysięcy palm daktylowych, dających znaczny dochód.
Teraz dopiero odczuwam silnie, iż jestem gdzieś daleko od południa francuskiego, gdzieś w kraju egzotycznym, gdzieś poza morzem opływającym Europę, w świecie odmiennym od europejskiego, choć jest to miasto europejskie, zaludnione przez Europejczyków. Kawiarnia rozbrzmiewa muzyką, przed nim automobile z Anglikami i Angielkami w jasnych strojach i woalach mkną, może hen ku Biskrze, najpiękniejszej z oaz, połączonej z Algierem koleją żelazną. Gwarny plac Republiki jest prześliczny.
Porzucamy go jednak, bo miasto przyciąga nas. jak magnes, swą bujnością życia, swymi wystawami sklepowymi, rywalizującymi ze sobą wspaniałością.
Po długiej włóczędze wśród ulic, literalnie tonących w świetle elektrycznym, po bulwarze nad morzem - najpiękniejsze z przechadzek - nie możemy zdecydować się jeszcze na powrót do hotelu i zaglądamy do teatrzyku Variete, gdzie panuje żywa, dowcipna, często swawolna piosenka francuska, urozmaicona popisami akrobatycznymi.
Nazajutrz rankiem rozeszliśmy się w różne strony miasta. Malarz ze swymi sztalugami udał się w dzielnicę arabską.
Wieczorem w Grand Cafe d’Alger mieliśmy opowiedzieć sobie doznane wrażenia.
Spotkawszy się ze mną w kawiarni, pokazał mi swój obraz, wnętrze uliczki arabskiej, smutnej, bezsłonecznej; narzekał przy tym na gorąco, przez cały dzień słońce dopiekało, zima się kończyła, więc gorąco szło crescendo. Obydwaj tego dnia wałęsaliśmy się po mieście arabskim.
W Algierze dominuje kupiectwo europejskie, wypiera kramarstwo i rzemiosło tubylcze do tajemniczego miasta arabskiego, położonego ponad miastem europejskim. Tam już niepodzielnie panuje islam, panuje ciągle.
Z chwilą nadejścia suchej, upalnej pory roku miasto europejskie się wyludnia. Kto może, kogo konieczność pilnowania interesu handlowego nie zmusza do pozostania, ucieka na ten czas do Europy lub do górzystych o znośniejszym klimacie okolic Algieru.
W wąskich uliczkach miasta arabskiego, tamujących dostęp światła słonecznego, wzdłuż kamiennych schodów, pnących się w górę, żyją muzułmanie, Arabowie, Kabylowie, Mauretanie, gdzieniegdzie i Żydzi, - handlowa ludność izraelska mieszka w mieście europejskim - żyją wśród minaretów, głoszących chwałę Proroka, pracują w warsztatach bez okien, wśród rozmaitych kramów, rozłożonych na schodach kamiennych wzdłuż ścian domów. Mnóstwo tu szewców, szyjących pantofle dla ludności muzułmańskiej, tokarzy, snycerzy, dekoratorów, mnóstwo kramów z warzywami i owocami, kawiarni przepełnionych wieczorami postaciami w białawych, powiewnych szatach, o twarzach brązowych, głowie okrytej czerwonym fezem; mnóstwo tu nędzy, mnóstwo tu pracowitych muzułmanów, których zarobek nie przekracza pięciu franków na dzień, a jednak wystarcza im na lichy żywot, żywienie się w garkuchniach na chodniku, nocleg na tymże chodniku kamiennym.
Z tego miasta arabskiego rozchodzą się wieczorem rzemieślnicy ze swymi towarami, różnymi rzeźbami w drzewie, dywanami; prócz nich stąd wybiega jak ptactwo rój chłopców muzułmańskich ze skrzynkami przy boku, czyścicieli obuwia. Przekupnie krążą po kawiarniach, restauracjach, od stolika do stolika. zachwalając swój towar. Mali czyściciele obuwia, bosi, zaniedbani, w łachmanach, czyszczą obuwie każdego za parę susów.
W tern starem mieście arabskim żyje jeszcze przeszłość w budowlach oryginalnych, w obyczajach i zwyczajach tubylczej ludności.
Poniżej panuje modernizm, postęp, przyszłość, które wróżą zagładę światu arabskiemu. Ten świat nie oprze się z czasem gorączce życia europejskiego. I znikną wówczas te białe domy muzułmańskie, jakby spleciono jedne z drugimi, wysuwające swe sklepienia w głąb uliczek krętych, stromych, często bez wyjścia.
Francuzi zdobyli Algier w 1830 r. Przedtem Algier był w posiadaniu Turków, rządził tutaj bej turecki. Algier był gniazdem piratów morskich.
Wchodzę do pięknej katedry, przerobionej przez zdobywców z meczetu. Na wieżach, gdzie dawniej muezzin nawoływał wiernych do modlitwy w imię Allaha, wznoszą się krzyże chrześcijańskie.
Wchodzę w labirynt uliczek, dokąd światło słoneczne przedostaje się z trudem, wdzieram się po kamiennych stopniach, u szczytu dopiero widzę skrawek błękitu niebios i minaret, smutny cyprys obok białej kopuły. Z małego okienka na poddaszu wygląda uśmiechnięta twarzyczka młodej dziewczyny w Zawoju. Nie spostrzegła mnie. Dalej stary żebrak ślepy prosi o jałmużnę imieniem Proroka. Co krok spotykam arabów w łachmanach, w zaułku rzucam ciekawe spojrzeniu na grupę dzieci, skupionych na matach dokoła nauczyciela o twarzy woskowej i siwej brodzie, wykładającego im Koran. Nikt nie zwraca uwagi na europejskiego turystę, wałęsającego się po mieście, gdzie dawniej chrześcijanin mógł przechodzić tylko jako niewolnik, obrzucany pogardliwymi spojrzeniami prawowiernych.
Na rue d’Anfreville oglądam meczet Djama Safir zbudowany kosztem renegata Kaida Safar ben Abd- Allah (Safar syn czciciela Boga), chrześcijańskiego niewolnika, który przyjął islam i przybrał takie imię, aby nie być nazywanym synem niewiernego lub synem psa.
W mieście arabskim są meczety, uczelnie religijne (zaonia), cmentarz, opromieniony urokiem legend. Na ulicy Klebera wchodzę na cmentarz blisko meczetu, cmentarzyk właściwie, gdzie w cieniu drzew figowych bielą się trzy groby. Jeden z nich kryje szczątki świętego muzułmańskiego Sidi ben ali ben Mohamed, dwa następne groby z kamiennymi słupami, zawierają zwłoki dwóch pięknych księżniczek, zmarłych w kwiecie wieku, w największym blasku piękności. Były największą ozdobą haremu księcia muzułmańskiego, życie uśmiechało im się i stawiało na wyżynach, tymczasem śmierć nieubłagana zburzyła brutalnie iluzje ludzkie. Z dawnych przepychów pozostały tylko dwa słupy kamienne z błagalnymi wezwaniami: „Oto grób Fatmy, córki boja Hassana, niech Bóg przebaczy jej i wszystkim muzułmanom". „Oto grób tej, która jest we władaniu Boga: N’Fissa, córki zmarłego paszy Hassana. Niech Bóg będzie miłosierny dla niej i dla wszystkich muzułmanów. Amen. Amen!"
Święty muzułmański spoczywa pod małym kamiennym pomnikiem, zwanym przez Arabów Kuba.
Takie pomniki wznoszą oni dla uczczenia pamięci ludzi świętych, oddanych Bogu, religii, zwanych marabutami. Tam, gdzie nie mogą wznieść kamiennego pomnika, muzułmanie okrywają kupę ziemi gałęziami, szmatami, szczątkami naczyń glinianych.
Zbudowane na stromym wzgórzu pod starą fortecą, zwaną po arabsku Kasbo, miasto arabskie, zwane również Kosba (el Kasba el Khedima) zachowało swe zwyczaje, obyczaje, swą wiarę pod panowaniem francuskim, które jest mądre i czyni wszystko, co może, aby polepszyć byt tubylczej ludności.
W całym kraju algierskim razem z Saharą jest pięć milionów krajowców, Europejczyków blisko milion. Francja rządzi tak tolerancyjnie tym światem muzułmańskim, że podczas wojny światowej żołnierze krajowcy z Algieru życzyli jej zwycięstwa. W roku 1916 gubernator generalny Algieru udał się na pokład okrętu, wiozącego pielgrzymów dla odbycia świętej pielgrzymki do Mekki, aby ich pozdrowić.
Francja nie obawia się już powstania krajowców w Algierze, nie obawia się już żadnego mahdi, głoszącego wojnę świętą przeciwko giaurom. Zbudowała dla muzułmanów wyższe szkoły zwane medersa, w których wykłada się teologię, prawo muzułmańskie, literaturę arabską, język francuski. Kształcą się tutaj urzędnicy krajowcy: kadi, sądzący spory, spisujący akty małżeńskie, orzekający rozwody. W szkołach muzułmańskich, zwanych zaonia, dzieci uczą się Koranu.
Francja subwencjonuje kult religijny muzułmanów. Islam wyrażał jej swą wdzięczność za założenie w Paryżu Instytutu muzułmańskiego. Jest też w Paryżu meczet.
Kolonialna polityka francuska dąży do przyciągnięcia krajowców algierskich do pracy podniesienia i postępu Francji, która uważa Algier za przedłużenie południa francuskiego.

Komentarze
Prześlij komentarz